TO CIĄG DALSZY PIERWSZEGO BLOGA - MOJEJ DROGI DO MACIERZYŃSTWA

(O ZAGROŻONEJ CIĄŻY, PORONIENIACH, STRACIE DZIECKA, WCZEŚNIACTWIE, CIERPIENIU I NADZIEI)

CO DALEJ?? CZY MOGĘ LICZYĆ NA JESZCZE JEDEN CUD??

niedziela, 20 grudnia 2015

prośba o cierpliwosc

Kochani, jak już pisałam krucho u mnie z veną. Czas przedświąteczny, dwójka w domu (Karolka nie chodzi na razie do przedszkola z obawy przed infekcjami) i.. niespodzianka jaką szykuję, a mianowicie blog w nowej odsłonie. Proszę o cierpliwość i wytrwałość:)

czwartek, 10 grudnia 2015

misterium cierpienia

Czuję jak żebra wbijają mi się w już dosyć mocno skurczony żołądek. Zresztą wszystko mam już chyba skurczone, każdy wewnętrzny narząd, mózg mi się kurczy i wyciska łzy.
Myję garnek nerwowo, coś we mnie zastanawia się, czy zrobiłam już Mai kolacje.
Znowu ścisk wszystkiego we mnie.
Moje dziecko maleńkie jest w szpitalu, samo, beze mnie... nie mogę z nim tam być, bo to intensywna terapia. Jestem w całkowitej rozsypce. Próbuję się trzymać jakoś, odpowiadać na pytania Karolki i w miarę normalnie z nią rozmawiać, ale każdą komórką ciała chce być przy Mai, każdą sekundę wypełniam myśleniem o niej, każda sekunda mnie boli... nie radzę sobie z domem bez niej, z tym, że nie mogę być z nią, z poczuciem winy, z przeszłością, która mi się przypomina tym terrorem serca.

Majka zachorowała na zapalenie płuc. Zaczęło się od złapania wirusa po siostrze (Karolka miała zapalenie krtani), od gęstej wydzieliny zalegającej w drogach oddechowych, którą trudno jej było wykaszleć i w końcu od przyśpieszonego oddechu, który sprawił, że pojawiliśmy się w sobotni wieczór w opiece całodobowej, ale odesłali nas do domu, bo Majka na nurofenie zachowywała się dosyć normalnie, a osłuchowo nie było zmian. Mimo podjętego leczenia, głównie wziewnego, jej oddech się nie zmieniał. Po południu w niedziele znowu wróciliśmy, żeby ją osłuchano. Tym razem słychać było szmer po prawej stronie, zaczął się proces przyjmowania do szpitala z postawioną diagnozą zapalenia płuc. Byłam przerażona. Ale to był dopiero początek. Parę godzin próbowaliśmy zatrzymać duszność ale było ciągle gorzej. W nocy jechaliśmy karetką do Prokocimia (dzięki Bogu spała całą drogę...) i tam została na intensywnej terapii, a za nami zamknięto drzwi. Mogliśmy ją tylko odwiedzać dwa razy w ciągu dnia. Spędziła tam dwie doby zanim przeniesiono nas na normalny oddział, gdzie jeszcze sześć dni zmienialiśmy się w byciu przy niej.
Wróciliśmy do domu przedwczoraj.
Napięcie schodzi ze mnie powoli.
Nie opowiadam szczegółowo tego co przeżyliśmy, bo nie chcę rozwijać Waszej wyobraźni, po co.

Dziś chylę czoła przed wszystkimi dziećmi, które trafiają do szpitala, przed wszystkimi rodzicami, którzy tam z nimi są, czasem tygodniami, miesiącami... Słyszę w uszach słowa jednego taty: dzieci nie powinny chorować... Każdy z nas ma w sobie to zdanie i bunt gdy patrzy na cierpienie dzieci. Boże co chcesz powiedzieć? Nie wiem tego jeszcze, muszę się zastanowić nad tym, nad Twoją przemową..

ps. i jeszcze taka mała porada dla ratowników medycznych:  nie zadawajcie matce jadącej z dzieckiem na sygnale pytania "jechała już kiedyś pani karetką?"

wtorek, 1 grudnia 2015

odchodząc od zmysłów

Wybaczcie, że Was zaniedbuje. Wyjaśniam.. na razie pokrótce:
Maja. Zapalenie płuc. Intensywna terapia.
Dziś pierwsze ciut lepiej.

środa, 18 listopada 2015

Maja

I mamy taką kochaną Majkę.  Nie muszę chyba pisać Wam, że trud z jakim przyszło nam się zmagać przyniósł owoc stokrotny! A tą stokrotką jest ONA - nasza druga córeczka chociaż trzeciorodna.
Nie muszę chyba pisać, że nie wahałabym się przeżyć tych samych trudów raz jeszcze, żeby dać jej życie. Nie muszę chyba nic już więcej pisać, bo same możecie zgarnąć to, co jest dla Was najcenniejsze, z kart tej naszej historii. Napiszę więc o niej.
Wiecie już, że jest wrażliwcem od niemowlaka, wiecie też, bo chyba pisałam o tym, że rozwija się wolniej, bo np jeszcze nie chodzi i jak na razie mówią nam, że ma taką naturę leniucha.  
Ale nie wiecie jak wiele ma uroku w tej swojej wrażliwości i spowolnieniu, a to dlatego, że jest pogodna i empatyczna. Majka potrafi przyjść do mnie, potrafi przytulać swoją twarz do mojej, klepać Karolkę po plecach jak płacze.. Majkę łatwo doprowadzić do łez (obecnie wystarczy, że zniknę za rogiem - taki etap) ale i do śmiechu. Wystarczy położyć się na podłodze, zniżyć się do jej poziomu, a ona płacz zamienia w radość i zaczyna jedną ze swoich ulubionych zabaw, wspinanki po mamie lub tacie lub siostrze (choć to niezbyt wysoka "góra" do wspinania). Jej uśmiech jest w naszym domu jak sok malinowy na przeziębienie. Tak dobrze nam robi. Uleczył już niejedną wzburzoną sytuację rodzinną.
Majka jest łakomczuchem. Jedzenie znika w jej buzi sprawnie i szybko. To dla mnie kompletnie inna bajka, niż Karolka- niejadek i wszystkie nasze jedzeniowe perypetie. Każdą zupę zjada sprawnie, łyżeczka za łyżeczką. Drugie danie, które sama je rękami wygląda tak, że mięso, ziemniaki itp wpycha sobie rączkami do buzi, a surowe warzywa (marchewka tarta, pomidory, ogórki itp) pięknie wybiera i wyrzuca poza swój stoliczek.
 Jest młodszą siostrą pełną parą, wpatrzona w Karolkę jak w obrazek. Chciałabym móc oddać w słowach ten cudowny urok ich zabawy. Bardzo często śmieją się na cały dom. Są kotkami, niedźwiedziami (to właściwie to samo tylko więcej wrzasków i ryków jest przy tej drugiej opcji) a najbardziej lubią bawić się w ..hmmm nie wiem jak to nazwać.. może "taczki" :) tzn Karolka ciągnie Maję za ręce lub nogi po podłodze - to już jest sama radość. Oczywiście Majka świetnie tez sprawdza się w roli młodszej siostry - dręczyciela. Zburzy wszystko co zbudowane, pociągnie za włosy, ugryzie w palec, zawsze wlezie w sam środek zabawy i zabierze najpotrzebniejsze zabawki np kartoniki do gry w domino, mimo, że ma innych dostatek. Karolka potrafi wykrzyczeć swoją niejedną frustracje: ""nie lubię cię","idź sobie"; potrafi ją uderzyć, popchnąć, kopnąć.. ale  kocha ją całym swoim dziecięcym sercem. Tęskni za nią jak jej nie ma, martwi się, jak choruje, troszczy, gdy coś ją boli i chwali się nią przed innymi dziećmi. W ostatnim dniu naszego pobytu nad morzem poszliśmy ostatni raz na plażę. Było sentymentalnie, trochę smutno, kłanialiśmy się morzu dziękując za to czym nas obdarzyło. Karolka chyba też odczuła tą melancholię, bo gdy już siedzieliśmy w samochodzie powiedziała: "Maja, bardzo się ciesze, że cie mam". Czy potraficie sobie wyobrazić nasze wzruszenie?
Maja.. jak bardzo się cieszę, że z nami jesteś, jak bardzo Cie kochamy, jak cudownie odnalazłaś swoje miejsce w naszej rodzinie, jak nas uzupełniłaś..  Jesteś naszym kolejnym CUDEM, kolejnym niepowtarzalnym. I mimo całej mojej i naszej trudnej historii kocham moje życie za to, że Pan Bóg wypełnił je walką o ŻYCIE!!!
   

piątek, 6 listopada 2015

pasowanie na wspierającego rodzica

Wybaczcie, że tak rzadko piszę. Zupełnie nie mam weny i chyba brakuje mi życiowej energii. Dlatego dziś po prostu opowiadanie. Z puentą.

Moja Karolka wciąż nie najlepiej znosi chodzenie do przedszkola. Codziennie rano marudzi a potem, jak wracamy, opowiada z entuzjazmem, że było super.Aklimatyzuje się bardzo powoli, na wiele rzeczy wciąż się nie zgadza i jest bardzo uparta, ale też pokonała już wiele swoich ograniczeń. Nie wgłębiając się w temat, ostatnio na pasowaniu na przedszkolaka (gdzie Karolina trzymała się mojej nogi lub ręki i nic nie chciała zrobić, zatańczyć, powiedzieć) maluchy śpiewały bardzo starą piosenkę(pamiętam ją ze swoich przedszkolnych lat): "Jestem sobie przedszkolaczek" - nieśmiertelny hit. Tak mi się smutno zrobiło, jak wybrzmiała ostatnia zwrotka: "kto jest beksą i mazgajem, ten się do nas nie nadaje, niechaj w domu siedzi sam, ram tam tam.."
A więc jeszcze się to śpiewa. Nie mogłam tego pojąć.
Moja Karolka pewnie wypadła blado, nie śpiewała, nie deklamowała wierszyków, nie chciała stać z dziećmi.. (pamiętacie może jak kiedyś, jak jeszcze była niemowlakiem,  pisałam Wam o jej nadwrażliwości, że potrzebuje długiego czasu aklimatyzacji w nowych miejscach  i to jej zostało a może nawet robi się coraz gorzej?nie wiem) Ale były też inne dzieci, całe zapłakane, wołające mamę, nie chcące występować. One też usłyszały od tych radosnych: wynocha! Nie mogę pojąć, że nadal uczy się dzieci tego hitu, można by chociaż pominąć tą głupią ostatnią zwrotkę, bo reszta jest fajna.
A może przesadzam?  Śpiewały ją w końcu całe pokolenia dzieci. Może to tylko piosenka...?
Karolka często śpiewa ją w domu i nigdy tego negatywnie nie skomentowała. A ja jej nie zabraniałam śpiewać, żeby nie podkreślać znaczenia tych słów, które dla niej są tylko piosenką.

Dla mnie ten dzień był także niezłą szkołą: mama!nie porównuj! Patrzyłam chyba z lekką zazdrością na te dzieci, które mówiły wierszyki, klaskały, machały uśmiechnięte do rodziców, siedzących beztrosko na widowni i robiących zdjęcia. Wróciłam do domu taka zdołowana, szukałam w sobie winy: co ja robię źle? A największą i najbardziej oczywistą był fakt, że dałam jej odczuć swój zawód. To pewnie było gorsze niż ta nieszczęsna piosenka.

piątek, 23 października 2015

krew, pot i łzy

"Jak kobiety narzekają na samopoczucie po cesarce to mam ochotę im powiedzieć: poczekaj na karmienie piersią" - usłyszałam kiedyś jak mówił lekarz. Mogę powiedzieć, że po doświadczeniach z Karoliną mówiłabym o karmieniu w samych superlatywach (no może poza zastojami). Teraz wiem jaki to jest moloch do dźwignięcia. Żeby nie było, że jestem tylko romantyczką, idealistką i "matką polką" musiałam napisać jeszcze ten jeden post: karmienie piersią to oczywiście most miłości w pierwszej kolejności, ale także... w dużej mierze to krew, pot i łzy. W życiu bym nie przypuszczała, bo mało się o tym mówi. Nie można o tym mówić, bo to może zniechęcić do karmienia naturalnego, a wszyscy wiemy jakie jest ważne, wartościowe, jedyne. Będąc młodą dziewczyną wyobrażałam sobie to tak, że siedzę na werandzie mojego domu, oczywiście przed sobą mam piękny górski krajobraz, karmię w fotelu bujanym i cicho śpiewam mojej dziecinie a mój ukochany właśnie wraca ze spaceru ze starszymi dziećmi, oni machają do mnie, ja do nich...
A jak to jest naprawdę?
Najpierw pierwsze przystawienie. O jakże bliskie mi były emocje kobiet, przy których miałam okazję być w tym ważnym momencie (mimo, że u mnie ten moment nigdy nie był takim jakim powinien być, taki "od razu" i "tylko pierś"). Chcę dać Ci jeść dziecko, jak mam to zrobić? Skąd mam wiedzieć ile zjadłeś, czy cokolwiek, czy wystarczy, dlaczego cmokasz, dlaczego płaczesz? Jeju. I te skrajności: najpierw czy mam pokarm, czemu tak mało, a po paru dniach nawał. Ból, krew, bezsilność, niepewność. A do tego wszystkiego cały ten stres jest dla laktacji wrogiem numer jeden i wszyscy powtarzają jak mantrę: tylko spokojnie!
Niestety naprawdę rzetelna pomoc nie koniecznie jest na wyciągnięcie ręki.
Wszystkich trudów, które przeżyłam na swojej drodze z karmieniem Majki nie umiem wręcz ubrać w słowa. Było dużo łez i jej i moich. Trudności z przyssaniem, ze ssaniem, kryzysy laktacyjne, zastoje (takie nawet parodniowe, które musiałam sprawdzać u lekarza), przegryzione brodawki...Cała gama emocji. A to wszystko mogę tu ująć i tak jedynie w wielkim skrócie.
Z mojego doświadczenia wynika, że większość problemów bierze się z niewiedzy, zwłaszcza jeśli przeżywamy to po raz pierwszy (bo wtedy jeszcze nie mamy najcenniejszej wiedzy, którą tylko my możemy mieć - wiedzy o swoim organizmie, który krami). Telefon do kogoś kto się na tym naprawdę zna to według mnie najbardziej niezbędny instrument pomocy w jaki można się uzbroić na ten czas. Ten ktoś z pewnością nie powie Ci w kryzysie laktacyjnym: dokarm, bo pewnie już nie masz pokarmu. Tylko karm częściej, lub odciągaj po każdym karmieniu przez choćby dwa, trzy dni a zobaczysz że pokarm jest! Ten ktoś poinstruuje, że znalezienie wygodnej pozycji dla Was obojga to klucz do rozwiązania wielu problemów. To oczywiście tylko przykłady. Ja niejednokrotnie byłam w sytuacji doradcy i wiedza na jaką się natknęłam, a raczej jej brak, u początkujących mam często była szokująca.
Podsumowując: Zawsze będę robić wszystko by pomóc, bo nie przestaje być 100% zwolenniczką karmienia piersią i wiem, że SIŁA JEST KOBIETĄ, wiem na ile nas stać... na bardzo dużo!
Ale ponieważ doświadczyłam tego trudu nigdy na siłę nie przekonuję, nie za wszelką cenę. Mam w sobie dużo więcej wyrozumiałości dla mam, które mówią: nie!

wtorek, 13 października 2015

most miłości

Karmienie piersią było jednym z najpiękniejszych doświadczeń w moim życiu. Jestem dumna z tego, czego mogłam doświadczyć, czyli karmienia w ogóle - przy Karolci, i pełnego karmienia z Majką. Mimo wszystkich trudów, jestem absolutną zwolenniczką karmienia naturalnego. Jest coś takiego.. takie niezwykłe "coś", taka nić łącząca tych dwojga, takie, że ona daję a ono bierze, taka cudowna zależność. Mnie kosztowało mnóstwo wysiłku, by doświadczyć tych chwil w pełnej radości i spokoju, ale warto było dla nich walczyć i nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. I nie wiem jak to jest, ale mimo wszystko teraz, a więc z perspektywy czasu, przede wszystkim te błogie i cudne chwile pamiętam i wspominam. I nawet ośmielę się twierdzić, że za nimi tęsknię:)

Karolka naśladowała mnie na każdym kroku. Powtarzała moje ruchy i gesty. Karmiła piersią swoją lalę dzielnie i bardzo.. profesjonalnie. Poza tym usypiała ja identycznie jak ja Majkę, mówiła do niej tymi samymi zwrotami. Do tej pory (Karolka lat 4 i 4 miesiące, Majka rok i 4 miesiące) zdarza się mojej Karolinie karmic piersią a ostatnio nawet udzielała Majce korepetycji!
- Majka! Dzidziusie karmi się piersią, nie nóżkami!
:)

wtorek, 6 października 2015

hardcore trzeci

Poczułam ogromną ulgę, gdy Majka zaczęła jeść coś poza "mną". Czułam jak schodzi ze mnie to napięcie pełnej odpowiedzialności za jej stan napełnienia żołądka. Cudownie było jej wepchnąć jedzenie łyżeczką i nie martwić się, że jej braknie. Czułam, że wracam do świata żywych:)
A ponieważ się wyluzowałam jakieś dwa kolejne miesiące karmienia przebiegały spokojnie i sielankowo. Laktator spakowałam głęboko i było mi z tym tak dobrze..
I kiedy już myślałam, że tak już będzie zawsze, do końca karmienia piersią, Majka mnie ugryzła.
To było w jakimś ósmym miesiącu jej życia, miała już piękne dolne jedynki a górne właśnie przebiły się przez dziąsło. Karmiłam ją w nocy i nagle poczułam ugryzienie. Nie pamiętam w ogóle jako to było dokładnie i nie wiem czemu wpadłam na pomysł, żeby jej podać drugą pierś, po prostu nie myślałam trzeźwo o tej porze nocy. Ugryzła mnie też w drugą pierś. Takie szczypania wcześniej jej się już zdarzały, ale teraz.. nie sądziłam, że będzie aż tak źle: miałam obie brodawki przegryzione. Dodam może, że nie zdarzyło jej się to nigdy więcej, choć pewnie to zasługa mojej ostrożności.
Na samo wspomnienie tamtego bólu mam dreszcze, zwłaszcza, że podawałam jej piersi do karmienia.. gryzłam poduszkę! Co się zdążyło podgoić, przy kolejnym karmieniu otwierało się na nowo, a nawet bardziej. Teraz wiem, że powinnam była od razu przejść na laktator. Dopiero wtedy gdy zaczęłam odciągać w ciągu dnia rany zaczęły się goić (pierś podawałam Majce tylko w nocy). Na szczęście Maja zechciała pić mleko z butelki. Wygrzebanie tego lakatora po raz kolejny, odciąganie, mycie, wyparzanie... kosztowało mnie wiele wysiłku, także (a raczej przede wszystkim) psychicznego. Cała akcja trwała ponad dwa tygodnie... ale potem już wszystko było dobrze.
Karmiłam Maję 13 miesięcy.

czwartek, 24 września 2015

mów, dziecko słucha

Wrócę jeszcze raz do naszych wakacji nad morzem - takie ostatnie wakacyjne wspomnienie - ale to temat moich rozległych przemyśleń. Po paru rozdziałach mojej ulubionej rodzicielskiej lektury ( o której już Wam pisałam, "Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały..") miałam szczególnie wrażliwe ucho na rozmowy jakie my-dorośli prowadzimy z naszymi dziećmi. Nieprawdopodobne co my do nich czasem mówimy!!! Sama się często łapię na tym jak nielogiczne i powiedzmy niedostosowane do możliwości odbioru czterolatka, jest to co mówię.
Już w pierwszym dniu (a była to sobota, więc tłum ludzi przewijał się do samego wieczoru między plażą a główną ulicą) usłyszałam trzy razy dokładnie to samo zdanie. Zdenerwowana i zmęczona już mama, obok niej sfrustrowane, nieznośne i płaczące dziecko. Dziecko ryczy, mama straszy: "jak nie przestaniesz to cię tu zostawię", albo " to ja idę sobie bo mam dość". Siebie też w tej roli usłyszałam, gdy Karola stwierdziła, że nie pójdzie w wyznaczonym kierunku, moja pierwsza odpowiedź: "acha, to my idziemy". Oczywiście to w niczym nie pomaga, dziecko zawsze płacze bardziej, głośniej, rodzic pogłębia swoją bezradność.
Czasem wystarczy mowa ciała. Tej rodziny nie rozumiałam, bo mówili po niemiecku, ale podobnie, mama i dziecko zdenerwowani, ono płacze z lodem w ręce, a mama coś mu tłumaczy i próbuje odgarnąć papierek tak, żeby mały mógł obgryzać rożkowego wafelka. Nie wiem co mówią ale mama w końcu tak się wkurza, że wydziera dziecku loda i ciska nim w piach. Myślisz sobie: straszne! Ale czy nie jest tak, że każda z nas, albo może bezpieczniej napiszę: większość z nas (w każdym razie ja się do tej większości zaliczam), czasem jest doprowadzona do granic swojej wytrzymałości i ma ochotę rzucać talerzami?
I jeszcze jedna rozmowa mamy z dziećmi. Idą szutrową drogą i jeden chłopczyk trzyma w ręce kamień. Mama mu tłumaczy, że nie może tych kamieni podnosić i że ma natychmiast go wyrzucić. Chłopiec więc rzuca go mocno przed siebie, po czym dostaje nowy ochrzan, że przecież mógł uderzyć w nadjeżdżający samochód i (tu moje "ulubione" stwierdzenie) że trzeba czasem użyć głowy i pomyśleć. Naprawdę nie wiem, jak ten mały chłopiec miał to sam wydedukować.
Co my do tych naszych dzieci czasem mówimy? Co one rozumieją, co przyswajają, jak to na nie wpływa? O tym ostatnio często rozmyślam. Dostałam nawet trochę odpowiedzi, też od dzieci:)
Agnieszka ostatnio opowiadała mi rozmowę jej szwagra z synem. Tata coś mu ostro próbował uświadomić, wytłumaczyć, po czym pyta:
- czy Ty mnie w ogóle słuchasz?
- na początku słuchałem, ale potem już nie.
Genialne!
Moja Karolka tez mi powiedziała co nieco między słowami - właściwie to podczas swojej swobodnej zabawy lalką, której próbowała coś wytłumaczyć, jak to zwykle robi rodzic. Myślałam, że pęknę ze śmiechu, a potem .. przyszła też refleksja. Karolka powiedziała do lalki, bardzo stanowczo!:
to mojej ostatnie strzyżenie!
:)
 Kiedyś gościem DDTVN był Litza (Robert Friedrich). Był tam jako przedstawiciel rodzin wielodzietnych i tej filozofii, a obok niego p. Ogórek, która zdecydowała się świadomie na jedno dziecko. Uwielbiam go za tą wypowiedź, pozwólcie zacytuję:
"To, że nie mamy dzieci, albo boimy się wchodzić w związek małżeński na poważnie, na zawsze, wynika z lęku przed śmiercią(...) Budzisz się rano i chcesz sobie coś zrobić, a twoje dzieci mówią: nie! ty będziesz robił zupełnie coś innego. A Twoja żona mówi: oczywiście, że coś innego. I ty umierasz. Ja mam to doświadczenie i widzę też po żonie, że jeżeli ona daje coś z siebie, to swoje zdrowie, ciało, życie. Te dziewięć miesięcy w ciąży nie jest jakąś atrakcją super, a w nagrodę poród, a jeszcze dodatkowy bonus to karmienie piersią. Nie możesz jeść tego co lubisz.. no to są może takie szczegóły, ale to jest tracenie życia dla drugiego. I kiedy człowiek odkryje, że dając siebie drugiemu jesteś bardziej szczęśliwy, niż kiedy byś realizował siebie i żył tak jak chcesz(...) to jest ta tajemnica, że człowiek tracąc siebie jakby tak w cudzysłowie "umierając" dla drugiego zyskuje nowe życie i to takie pełne. "
Wpisywałam się w to umieranie, taki też miałam obraz siebie, że wiele z siebie daję. Taki oczywiście mam do tej pory. Ale dotarło do mnie, że to "umieranie" nie polega tylko na naszym .. nazwijmy to codziennym poświęceniu, pracy, na tych szczegółach, o których mówił Litza. Myślę sobie, że musimy trochę umrzeć my, żebyśmy mogli usłyszeć nasze dzieci. Musimy przesunąć się i zostawić im przestrzeń. Musimy czasem zostawić to wszystko, co my już wiemy o wychowaniu, nasze wszystkie mądrości, muszą umrzeć w nas nasze schematy myślenia o dzieciach w ogóle i o naszych dzieciach w szczególe. Kurcze no.. trudne to.

wtorek, 15 września 2015

Pogadanka

A może pogadamy? Wiem, że czytacie mnie, ja też lubię Was poczytać.

Pan Bóg - realista czy marzyciel? Jak sądzicie?

poniedziałek, 14 września 2015

majkowo

Maja... Maja, Maja, Maja..
Sięgnęłam po książkę "Język niemowląt", którą na etapie Karolinki się zachwycałam i weryfikowałam prawdziwość jej teorii na własnej i jej skórze. Teraz miałam już  poglądy na różne tematy i nie w każdym miejscu przyjęłabym wszystko tak, jak Tracy Hogg nakazuje. Nie istotne.
W każdym razie zrobiłam test osobowości niemowlaka mojej Majci i, jak przypuszczałam, okazała sie być wrażliwcem. Wszystko się zgadzało: niespokojne karmienie, częste płacze przy piersi, często budziła się z płaczem, bardzo często miała odruch "moro", który potrafił wybudzić ją ze snu, kąpiel i jazda samochodem na początku powodowała u niej spięcie i przerażenie. Ja też byłam przerażona: jak ja sobie poradzę?  W pewnym momencie poczułam się jak w klatce. Nie potrafiłam wsiąść do samochodu i gdziekolwiek z nią pojechać, a próby jakie podejmowałam kończyły się tym, że na parkingu przed sklepem, kilometr może dwa od domu, próbowałam ją uspokoić ze spazmów płaczu i zawracałam, odwołując np. szczepienie. Była wtedy tylko ona, ze mnie nic nie zostało. Karmienie co 3 godziny, mieszkanie na wsi i wszystkie te problemy sprawiły, że nie ruszałam się nigdzie dalej poza obręb podwórka. Co zrobiłam?
Wzięłam głęboki oddech, poczytałam trochę, uspokoiłam się i zaczęłam wszystko od nowa. Chciałam poznać Maję, wsłuchać się w nią, rozmawiać i słyszeć to, co ona mówi do mnie. Wyobraziłam sobie jej lęki, wyobraziłam sobie jak ona może przyjmować otoczenie ze swoją wrażliwością. Spowolniłam ruchy, tłumaczyłam spokojnym głosem co zrobię przed podjęciem danej czynności. Przed kąpielą uspakajałam cichym głosem, łagodnym śpiewem, delikatnym rozbieraniem. Starałam się być sama z nią, dopiero po czasie pozwoliłam na nowo uczestniczyć w kąpieli Majki i tacie i Karolce. Najpierw wkładałam do wody jedną nóżkę, potem drugą, pupcie, plecki. Wszystko ze spokojem i bez pośpiechu, potem "podróż" z wanienki na ręcznik zawsze rozpoczynałam stwierdzeniem: teraz już wychodzimy; raz, dwa i.. trzy... Pomalutku i w cieple moich objęć. I tak Majka pokochała kąpiele. Właściwie to okazało się, że w wodzie czuje się jak ryba i do tej pory tak jest.
Podobnie z jazdą samochodem. Po kilku bardzo stresujących wypadach, zarówno z całą rodziną jak i samej z Majką, znowu.. głęboki oddech, parę porad z Internetu a zasadniczo posłuchanie swojego instynktu. Postawiłam na drogę małych kroków. Każdego dnia wyjeżdżałyśmy na "wycieczkę". Postarałam się o spokój, zresztą sam fakt, że wiedziałam, że nie mam żadnego celu i nie jadę daleko powodował, że niczym się nie przejmowałam. Pakowałam dziewczyny do samochodu i wyjeżdżałam.. najpierw jedna pętelka - kilka kilometrów, potem kolejna, dłuższa trasa, potem do najbliższego sklepu i z powrotem, potem do parku, na plac zabaw (w domyśle: jeszcze dalej), aż w końcu do Krakowa...Najważniejsza była systematyczność-starałam się codziennie umieszczać taką wycieczkę w planie dnia.
Gdy jeździliśmy razem było ciut łatwiej, bo ja siedziałam zawsze koło Majki a Karolka z przodu, obok męża i w razie potrzeby potrzymałam za rączkę, uspakajałam. Jak jechałam sama nie widziałam jej, ale po czasie miałam wrażenie, że Maja nauczyła się też tego, że mama jest kierowcą, nie poda rączki ale coś tam śpiewa zza światów. Sytuacja się stabilizowała, było coraz lepiej. Wspólnie jeździliśmy coraz dalej, a pierwszą taką dłuższą wycieczką, nieokraszoną stresem i ciągłym płaczem, był wypad w Tatry, o którym pisałam w poście "Dwa latka", a więc Majka miała wtedy 4 miesiące. Nad morze nie odważyliśmy się pojechać. Dopiero w tym roku, jak wiecie, wybraliśmy się nad Bałtyk a podróż minęła nam... prawie bez problemów:)
A jak poradziłam sobie z karmieniem? Poradziłam? O tym wkrótce.
Na koniec świetna grafika, która przypomniała mi tamte pierwsze chwile.. ;) Pozdrawiam
http://www.motherandbaby.com.au/for-mums/being-a-new-mum/2015/9/11-hilarious-comics-that-perfectly-capture-being-a-new-mum/

poniedziałek, 7 września 2015

Duch Święty mówi przez dzieci

To żadne odkrycie. Każdy kto ma do czynienia z dziećmi tego doświadcza, tylko nie każdy to tak nazywa.
Karolina ostatnio znalazła w mojej torebce różaniec, taki zapomniany, osamotniony. Zaczęła biegać z nim po domu wymyślając swoją wersję "Zdrowaś Mario" i  podśpiewując ulubione "kawałki" z mszy świętej, na przykład "Pan z wami, i z duchem twoim". Gdzieś zniknęła, ja zapomniałam, a różaniec znalazłam zawieszony na swoim łóżku..
Przemówił...

ps. i jeszcze karolkowe "kwiatki" z serii "religijne" ;) (z wczoraj)

-za co chcesz podziękować Panu Bogu?
-chcę podziękować, że tak bardzo Cie kocham Panie Boże.

- mamo czy Pan Bóg już śpi?

czwartek, 3 września 2015

kryzysy

Wakacje się skończyły (choć jeszcze jeden post inspirowany wakacjami nad morzem z pewnością powstanie, bo chodzi mi po głowie), więc i ja wracam do opowiadania swojej historii. Pewnie niedługo już czas podsumowywać:)

 Cudownie było móc ją karmić już tylko piersią (po ok 1,5 miesięczym odciąganiu i dokarmianiu śpiocha). Nie mogłam patrzeć na laktator, na te wszystkie jego części.. brrr do tej pory mnie odrzuca.Ale gdy Majka zaczęła sama zjadać zaczął się hardcore numer dwa, który trwał od 2 do 4.. a właściwie 6 miesiąca.. Tenże czas nazwałabym w skrócie :kryzys laktacyjny na zmianę z marudzeniem nie wiem o co. Gdy był kryzys, to był kryzys. Wiedziałam, że płacze dlatego, że brakuje jej pokarmu. Dokarmiałam co chwilę i znowu za mało. Kryzys w swoim założeniu trwał około 3 dni (w porywach do tygodnia). Niestety jak tylko miałam więcej pokarmu a potem coś zaburzyło jego wystarczającą ilość (tzn gdy nie wyjadała wszystkiego z piersi), np katar, to potem znowu zaczynał się kryzys. Majce nie ssało się łatwo. Ciągle coś jej nie pasowało. Albo za szybko, albo za wolno, dławiła się, płakała.. no ciężko było. A przede wszystkim wieczorami.. no to już był sam płacz. Ja byłam bardzo nastawiona na pełne karmienie. Bardzo tego chciałam i unikałam myśli o ewentualnym dokarmianiu jak ognia.. na początku. Poza wszystkim ważyłam ją, pytałam pediatrów na wizytach i konsultantek laktacyjnych. Wszyscy zgodnie mówili, że ona bardzo ładnie przybiera na wadze i nie ma podstaw do dokarmiania. Jak to nie ma? A jej cowieczorny płacz? Więc gdy już byłam zdecydowana i z bezsilności pewnego wieczoru przygotowałam jej butlę z mlekiem modyfikowanym.. ona powiedziała "NIE!" Odrzuciła butelkę kompletnie. Na nic moje próby. Po prostu nie ssała a jak próbowałam zbyt wiele razy ona znowu zaczynała płakać i ciężko było ją uspokoić. To był dla mnie bardzo stresujący czas.. Nie radziłam sobie.. Taka była prawda, mimo, że w życiu bym nie przypuszczała.. W końcu już raz całą tą drogę niemowlęctwa przeszłam ( i to w wydaniu extreme, bo z wcześniakiem). Majka wciąż otwierała mi oczy, sprowadzała do parteru, jakby chciała mnie nauczyć, że ona nie jest Karoliną, i instrukcja jej obsługi to zupełnie inna bajka. Gdy to wreszcie do mnie dotarło postanowiłam zacząć wszystko od nowa.. nauczyć się Mai...

piątek, 28 sierpnia 2015

słońce nas błogosławiło - o wakacjach nad morzem

Zawsze uważałam, że morze jest nudne ("bo bez dzieci jest!" - komentarz przyjaciela;)). Zawsze wolałam góry (i to się z pewnością nie zmieni), więc bardzo mi się chciało śmiać z tego morza, jak przywitało nas "świeżymi oscypkami", "chlebem zakopiańskim" i restauracją "Morskie Oko". No, to ostatnie można by im wybaczyć;) 
Tydzień przed wyjazdem prognoza długoterminowa na czas naszego pobytu nad morzem zapowiadała dwa dni bez deszczu. Nastawiłam się na najgorsze, ale i tak nie odebrało mi to radości. W końcu wybieramy się na północ odkąd mamy Karolę, więc jak udało się przyklepać noclegi, cieszyliśmy się jak dzieci.
Przywitało nas słońce... i już z nami zostało do końca:) I to było wspaniałe..  Ani nawet jednego pochmurnego dnia... czym sobie zasłużyliśmy..?
MMMmm morze.. morze ma w sobie tyle mistyki. Może i zimne było.. ale codzień w swojej potędze i bezmiarze obmywało nam nogi..Może dopiero teraz miałam odkryć moc morza.. jak działa zapach wiatru, jak koi jego szum, jak się odpoczywa.. jakie jest cudne. 
Pokochałam to morze.. najbardziej chyba za radość, jaką daje dzieciom.. Do tej pory nie mogę zrozumieć jak to jest możliwe, że te chuderlaki-chłopaki, kajtki takie, o godzinie 17 (gdzie ja bez długiego rękawa na plaży cała się trzęsłam), przy chłodnym wietrze, kąpali się cali.. uhhh. No więc uwielbiam morze za radość dzieci, za ich piski, za ich bieganinę, za ich piaskowe budowle, wiaderka i łopaty, za dryfowanie na dmuchanych wielorybach i uciekanie przed falami.. Kocham to morze za radość dzieci, która tak cieszy i aktywizuje dorosłych, za to że widziałam na każdym kroku super tatusiów-bohaterów, bo wykopali wielki dół na plaży, bo chciało im się robić z dziećmi te zamki i oswajać je z wodą. Kocham morze za to, że ludzie są razem, że wypoczywają tak fajnie. Kocham, bo widziałam całe rodziny takie superowe, cieszące się i śmiejące, bo widziałam ludzi spacerujących za ręce, rozmawiających, grających w gry, puszczających latawce.. po prostu cieszących się chwilą, tym, że mają siebie. Cudownie się odpoczywało w takim klimacie. 
Parawaning?? Tak.. miałam takie sytuacje dwie. Raz  zobaczyłam jak ktoś rozłożył taki parawanik tuż przed wejściem do naszego namiotu. Może i bym zareagowała, gdybym mogła od razu (byłam zajęta czymś przy Majce), ale to była też rodzina z dziećmi, nie chciało mi się awanturować, zresztą chyba rzadko mi się to zdarza (a już zwłaszcza, gdy nerwy takie poluzowane na wczasach). Ale za to pani obok, starsza już, była zbulwersowana i chyba tylko dzięki temu zdarzeniu zaczęłyśmy rozmowę. Okazało się, że też jest mamą wcześniaka, więc opowieściom o tym, jak to było trzydzieści lat temu i dobrym radom na dalsze lata wychowywania moich pociech, nie było końca. Super była ta pani. 
Druga sytuacja. Obok nas dwie mamy na leżakach i gromadka ich dzieci (już starszych) bawiących się razem. Parawan znowu dostawiony do nas bliziutko. Kiedy ja nosiłam Majkę, żeby zasnęła one dwie czytały książki co jakiś czas przerywając, żeby rozwiązywać dziecięce konflikty. W końcu dzieciaki zaczęły się zgodnie bawić w dom za ich plecami, i wtedy jedna mówi do drugiej: 
- kurcze, co z nas za matki, dzieci samopas a my sobie książki czytamy
- daj spokój, tyle lat na to czekałam.. - odpowiedziała druga i obie popatrzyły na mnie.
Za to ja sobie jeszcze poczekam - powiedziałam - i wszystkie zaczęłyśmy się śmiać. Taki parawaning. 

Kocham morze za to jak cudownie wypoczęta wróciłam ja i moja rodzina.



środa, 26 sierpnia 2015

Niebo jest blisko

Uwielbiam w byciu katolikiem wiarę w Niebo. To jest niesamowita i ukochana część mojej rzeczywistości, mojej perspektywy myślenia. To jest zarazem kierunek jak i byt, który cały czas trwa i przemawia do mnie w teraźniejszości. Ale żeby nie przemistyczyć, bo ja nieuczona w tym kierunku, żeby za bardzo się wymądrzać teologicznie, to dziś napiszę znowu o Niebie-pocieszeniu. Nadzieja Nieba w wielu sytuacjach jest dla mnie pocieszeniem, szczególnie (ale nie tylko) w sytuacjach straty kogoś bliskiego - myślę, że się ze mną zgodzicie. W najstraszniejszych i najczarniejszych chwilach mojego życia, mimo ciemności i żalu, Niebo było dla mnie jedynym pocieszeniem. Jedynym! Choć moc tego pocieszenia oczywiście objawiała się stopniowo (bo w centrum tragedii ciężko poczuć się pocieszonym). Na wszystkie pytania, które zadaję sobie i Bogu o siebie i o innych, którzy cierpią po stracie dziecka, jedyną pocieszającą odpowiedzią jaką znajduję jest Niebo. Być może się powtarzam, być może nudzę, ale jeszcze raz chciałam bardzo mocno to podkreślić: nawet najkrótsza ciąża, najcichsze maleńkie życie MA SENS w obliczu NIEBA. Ma sens pomnożonej miłości! Ma sens ŻYCIA. I ta miłość, choć jest tak boleśnie nienamacalna, przetrwa i się spełni tam - namacalnie, dotykowo, prawdziwie w relacji, która jak na razie pozostaje utracona.
Zawsze współczułam niewierzącym, nie mogłam zrozumieć jak oni pocieszają się po stracie kogoś bliskiego. Moje doświadczenie pokazuje, że i dla nich pocieszeniem bywa Niebo. Niejednokrotnie spotkałam się z tym, że mimo zdeklarowanej - mniej lub bardziej - niewiary (a raczej obojętności) w takiej sytuacji mówią o Niebie. No bo co powiedzieć dziecku, gdy umiera ukochana babcia, rodzic czy brat? "Twoja ... poszła do Nieba". Czyż nie to mówi się odruchowo?
Czasem zastanawia mnie ogromna ilość porcelanowych i różnorakich aniołków na grobkach małych dzieci. Czego są symbolem? Dla mnie? Tylko Nieba! Ale mam wrażenie, że to czasem  bywa wyraz zakłopotania, pragnienia wiary w Niebo, choć się o nim być może mało wie. Może niektórzy myślą, że nasze dzieci utracone, w Niebie staja się aniołkami, a przecież to nieprawda. Anioły to inne byty niż ludzie. "Spij Aniołku" - na co drugim grobku widnieje taki napis.Albo "Powiększył(a) grono aniołków". Oczywiście nie musi być tak jak ja to teraz upraszczam, może to być taki symbol, może czułość największa. Ale to też jest jakiś wyraz wiary w Niebo (a więc wiary w BOGA?), prawda?
"Bliskie już jest królestwo niebieskie" powiedział Pan (Mt 10,7).. i mam wrażenie, że nie chodziło Mu tylko o dystans czasowy, ale ten zwykły, po prostu odległość od serca.. Niebo po prostu jest blisko.


środa, 12 sierpnia 2015

dom

Witam się z każdym kątem. Wiele z nich jest całkiem nowych, nowe meble i przestrzenie zajęte nowymi sprzętami. Moja sypialnia - całkiem nowa, inna. Męża ochrzaniam, że podłoga nie umyta:) Jestem w swoim domu. Wszystko co mogę, to przygotować miejsce sobie i Majce, przygotować sprzęty potrzebne mi co 3 godziny do karmienia. Wtedy zaczyna się mój pierwszy hardcore, który będzie trwał grubo ponad miesiąc: karmienie piersią a przy tym stosowanie wszelkich możliwych sposobów na pobudzanie maluszka do ssania(chyba tylko polewania zimną wodą nie stosowałam;)), podawanie mojego mleka w butelce - także stanowczo wybudzając z letargu (tą czynnością często zajmował się mąż; musieliśmy bardzo dbać o to, by określona porcja pokarmu została zjedzona -zwłaszcza na początku- ze względu na jej żółtaczkę i śpiochowanie) oraz odciąganie pokarmu, mycie i wyparzanie sprzętu.. W dodatku musiałam dbać o regularność karmień, na początku musiałam nawet wybudzać Majkę po ok 3 godzinach od początku poprzedniego karmienia. Hardcorowy cykl trwał zatem dobre 1,5 h w porywach do 2, co dawało mi maksymalnie godzinę na robienie czegoś innego. Wszyscy chwalili Majkę, że tak ładnie śpi, a mi zazdrościli nie zdając sobie sprawy o ileż więcej mam pracy z powodu jej spania. System działał na korzyść laktacji - to było pocieszające.
Dom. Jak ja już tęskniłam za tym miejscem, które rządzi się moimi i mojej rodziny, prawami. Swój kąt... Moje łóżko.. co prawda dopiero się poznawaliśmy, bo zastało mnie takie świeżutkie, nowe, ale od razu się polubiliśmy. Zresztą materac był stary:)
Cudownie było być u mamy. Czuć się wciąż otoczoną troską, jak za dziecięcych lat. Jak się okazało, szybko miałam za tym zatęsknić, bo chaos domowych przedsięwzięć w moim hardcorowym systemie okazał się być bardzo wysoką poprzeczką. Jednak powrót do domu zawsze jest błogi.. Nawet (a raczej zwłaszcza) Karolka nic nie mówiąc, tryskała radością i odzyskaną swobodą domu, ożywiając sobą każdy kąt.
Przeżywaliśmy cudowne chwile.. zachwycali naszą Nowością, wszyscy razem i każdy z osobna.
Karolka pokochała swoją młodszą siostrę od pierwszego wejrzenia...




wtorek, 11 sierpnia 2015

wreszcie do domu

Wreszcie. Majka była w szpitalu 10 dni a ja piszę: "wreszcie".. Taką to już człowiek ma konstrukcję, dać mu palec...  W każdym razie bardzo wyczekiwałam tego dnia, zmęczona szpitalnymi emocjami i swoimi wyobrażeniami o maleńkim sercu, które chce przytulić się do mamy i małym rozumku, który zastanawia się, gdzie ona jest i co to za szklany, dziwny świat. Przyjechaliśmy naszą trójką, to był 17 czerwiec, przeddzień trzecich urodzin Karoliny. Razem z wypisem oczywiście cała masa wskazówek i szkolenie od rehabilitantki.
A potem już tylko radość. Wychodzimy ze szpitala w czwórkę! Jedziemy najpierw do rodziców a potem do naszego domu (przypomnę tylko, że nie byłam tam od 4 miesięcy)!! I pierwszy raz użyte słowo "dzieci" w naszym rodzicielskim wykonaniu. Liczba mnoga!!! "Bierzemy dzieci"; "Trzeba nakarmić dzieci." Ogromna radość.
Miałam zapas swojego pokarmu odciągniętego wcześniej przez weekend i zamrożonego, wciąż odciągałam co 3 godziny, a od teraz zaczynałam od przystawiania Mai do piersi, potem dopiero butla. Na wszelki wypadek miałam oczywiście zakupioną puszkę mleka modyfikowanego.
U rodziców na spokojnie się pakujemy. Jest mój tata, zachwyca się Maleństwem. Przychodzi także starsza siostra na chwilę. Bardzo się wzrusza witając Majcie.. jej łzy szczęścia czynią z niej przyszłą chrzestną mamę. Myślę sobie wtedy jak bardzo wspólne to było dzieło.. dzięki temu, że każdy coś dołożył od siebie, jakąś pomoc, nasza radość też jest bardziej wspólna. Szkoda tylko, że mama nie zdążyła jej zobaczyć tego dnia. Akurat kończyła późno pracę a ja nie chciałam tak późno wracać do domu, bo chciałam się też tam spróbować odnaleźć i zorganizować. Byłam nastawiona na organizację nowej sytuacji i spokój, ale do dzisiejszego dnia miewam wyrzuty, że nie poczekałam wtedy na mamę.. ona na to zasłużyła najbardziej na świecie.
W drodze do domu zachwycamy się nad nowym stanem naszej rodziny. Nasze DZIECI na tylnym siedzeniu. Mamy dwie córki!!! Karolka wszystko przyjmuje całkiem naturalnie puki co. Bardzo się cieszy, że jedzie do domu. Jeszcze w drodze dzwonię do mojej konsultantki laktacyjnej, ulubionej. Majka bardzo przysypia przy piersi, nie wyjada. Pani Agnieszka stanowczo opowiada się za dokarmianiem z butli po piersi (oczywiście moim mlekiem) dopóki Majka będzie przysypiać.
I wreszcie w domu...


środa, 5 sierpnia 2015

mały gość i nadzieja

Jedną, najwspanialszą dla mnie, wizytę Karolki w szpitalu już  dla Was opisałam. Poza nią Karolka była u nas chyba jeszcze dwa razy; o jednym z nich chciałam dziś napisać.
M ją pewnie musiał zabrać ze sobą, chcąc zobaczyć się z Mają, bo z Karoliną nie miał kto zostać. Podczas gdy on był u naszej nowej "Malińskiej", ja siedziałam z czterolatką na korytarzu. Miałyśmy szczęście spotkać obie nasze ukochane panie doktor, które przed trzema laty zajmowały się nami tak troskliwie. Karolka najpierw z nieśmiałością a potem z ochotą wdała się z nimi w żywą dyskusje o swojej nowej siostrze. Opowiedziała paniom wszystko co wie na jej temat oraz całą swoją wiedzę o opiece nad niemowlęciem. Tak oto nasze "szkolenie" przyniosło pierwsze rezultaty - egzamin teoretyczny zaliczony. To spotkanie było przemiłe.
Drugie, bardzo wiele znaczące spotkanie tego dnia - Karolka nie mówiła już nic, mimo to odegrała znacznie ważniejszą rolę. Na korytarzu siedziały mamy wcześniaków, czekające na znak od personelu, aby znów wejść na oddział do swoich pociech (pewnie pielęgniarki miały zmianę). Czytałam im z oczu co dzieje się w ich sercach - znałam to doskonale. Jedną z mam zdążyłam już poznać wcześniej, pewnie w "mlecznym pokoju" albo przez jeszcze inną mamę. Jej wcześniaczek urodził się w 28 tygodniu, była ogromnie przejęta. Jej oczy rozbłysły nadzieją jak wskazałam na moją Karolkę z 27 tygodnia, skaczącą po krzesłach i gadającą do siebie. Jej oczy rozbłysły nadzieją... Mówiłam o tym przez co przeszła, jak wygrała walkę o życie wiszące na włosku, przez jaką nerwówkę przechodzi się na początku i jak mnie zaskakiwała swoimi postępami potem.
Innym razem w "mlecznym pokoju" poznałam mamę, która już pięć miesięcy była w szpitalu a jej Maleństwo było... także z 28 tygodnia - cały czas na respiratorze. Ona pierwsza mnie zagadała, zapytała o moje dziecko. Wiedziałam, że byłam tą mamą, której się zazdrości - 35 tydzień ciąży i żółtaczka to nic w porównaniu z większością tam urodzonych dzieciaków. Trzy lata wcześniej sama z melancholią i żalem patrzyłam w kierunku takich mam, odznaczających się beztroską i "normalnością". Skoro tak dobrze były mi znane mechanizmy serca mamy wcześniaka, często opowiadałam także swoją historię sprzed trzech lat, czytając w oczach tych mam, zdezorientowanych, nie wiedzących czym się pocieszać. I tak zrobiłam tym razem. Opowiedziałam pokrótce o Karolinie a dopiero potem zaczęła mówić ona. Zbladłam. "Po co ja to wszystko mówiłam?" - to było pierwsze o czym pomyślałam. Jak teraz dać jej choć słowo pociechy?
Pamiętam, że powiedziałam coś właśnie o tym jak dzieci potrafią zaskakiwać i że maleństwo jest z pewnością pod najlepszą opieką. I że jest dzielną mamą a to dla jej dziecka jest najważniejsze.
Historia Karolki sprawiła, że także jej oczy rozbłysły nadzieją.. Ale tym razem towarzyszyło mi uczucie wyrzutów sumienia, towarzyszyły mi dziwne pytania..
Czy są takie sytuacje, gdy nadziei dawać nie można?

sobota, 1 sierpnia 2015

rodzinne wakacje

Nie wiem co ja sobie myślałam? Że niby w tym chaosie uda mi się siąść, skupić i pisać? Nawet gdyby Internet nie zawalał to przecież i tak byłoby to praktycznie niemożliwe. Wybaczcie zatem, że nie uprzedziłam o naszym urlopie i przez tak długi okres nie zostawiłam tu śladu.
To były bardzo intensywne dwa tygodnie. Mega chaos i mieszanka rodzinnych temperamentów także (a może nawet zwłaszcza) na poziomie "junior". Ścierają się nasze pomysły, poglądy, sposoby na..., nasze metody wychowawcze i style życia. Karolka bez starszego rodzeństwa jakże uboga jest w mechanizmy obronne. Dla niej to także szkoła życia. Dla nich obu, choć Maja udaje, że nic nie rozumie:)
Ale powiem Wam ... uwielbiam ten czas mimo wszytko. Mimo tego, że okazuję się być taka niecierpliwa. Że dzieci zdaję się mieć więcej. Że często stan nabuzowania sięga zenitu.
Uwielbiam go za góry, za przestrzeń, za zieleń i ciepło i sielankę. Za grilla, za jezioro, za lody w parku i kila-razy-dzienne spacery. Uwielbiam za tło na jakim mogę się poznawać, a tym tłem są właśnie ludzie. Po dwóch tygodniach czułam dwie rzeczy: stan "już dosyć" i stan "żal odjeżdżać". Na szczęście grypa żołądkowa u dzieci, która zwieńczyła nasze rodzinne wakacje, pomogła się nad sobą nie rozczulać za bardzo.
Wróciłam. Pranie rozwiesiłam. Dziewczyny śpią wciąż bardzo słabe.
Gdy kończą się rodzinne wakacje, to trochę tak jakby kończyło się lato...

środa, 15 lipca 2015

tylko żółtaczka

"Żółtaczka? To przecież nic takiego. Co drugi noworodek ma. Przejdzie jej po paru dniach." - mówili znajomi. Myślałam tak i ja. Przez około dwa dni stan właściwie się nie poprawiał, z tego co pamiętam.Wysoki poziom bilirubiny utrzymywał się.
Dziewiąty czerwiec. Rano powiedzieli mi, że bilirubina spadła ciut. A potem dyżurująca lekarka w rozmowie ze mną powiedziała, że owszem bilirubina spada ale wciąż jej poziom jest bardzo bliski wskazań do transfuzji wymiennej, po czym zaczęła mi opowiadać o powikłaniach z takiej transfuzji wynikających, o powikłaniach neurologicznych, które mogą doprowadzić nawet do zgonu. Owszem dociekałam, ale to w jaki sposób został mi wtedy przedstawiony problem doprowadziło mnie do ogromnego rozstroju emocji. To była "tylko żółtaczka" a ja wybuchłam lękiem o to, że mogę ją stracić. Właściwie pod wpływem tej nieroztropnej rozmowy ożywiły się wspomnienia tamtego ogromnego strachu sprzed trzech lat.  Jej "zamknięcie" w inkubatorze także robiło swoje. Lampy musiały się świecić cały czas. Nawet na czas karmienia (butelką oczywiście) nie wolno mi było ich gasić. Oczywiście nie mogłam też przystawiać do piersi - musieliśmy wiedzieć dokładnie ile zjada, żeby dużo siusiała, żeby wydalała z siebie niebezpieczny barwnik. Pani oddziałowa powiedziała: "będzie jeszcze czas na pierś". W pokoju zmieniały się mamy z dzidziusiami przy sobie a ja odciągałam pokarm maszyną i zanosiłam go na górę. Wszystko to sprawiło we mnie taką emocjonalną burzę, że z trudem mi było nad nią zapanować. To "tylko żółtaczka", cóż to było w porównaniu do tego co przeżyłam z Karoliną, ale ja roztrzęsłam się wspomnieniami, tymi samymi schematami myślenia, przypomnieniem tej huśtawki uczuć:od euforii, po koszmary. Te obrazy, te dźwięki... siedziałam i płakałam. Nad Mają, i nad sobą. Chyba nawet głównie nad sobą...
Z mojego łóżka miałam dobry widok na szpitalny korytarz. Wieczorem tego dnia w moich drzwiach ukazała się cudna mała dziewczynka. Maszerowała z wysoko upiętymi dwoma kucykami, z małym wózeczkiem dla lalek przed sobą i wielgachnym uśmiechem. Jak mnie zobaczyła krzyknęła radosne "mama!!!!". Wyszłam do nich, do Karolki i jej taty i wszyscy razem pojechaliśmy na trzecie piętro. M poszedł na chwilkę do Majki a my siedziałyśmy na korytarzu. Nie mógł być długo, bo właśnie miała być zmiana pielęgniarek. I wtedy spotkałyśmy naszą ukochaną panią doktor, tą samą, która dyżurowała wtedy trzy lata temu, jak w strasznych warunkach na wózku ratunkowym urodziła się Karolka. Potem zajmowała się nami przez rok w poradni neonatologicznej. Nasza kochana pani doktor.... podeszła do nas ze swoim cudownym podejściem do dzieci. Porozmawiała z nami, z Karolinką także. Powiedziałam na ucho Karolce, żeby spytała jak się czuje Maja. Na to pytanie nasza kochana pani doktor poszła na oddział się wszystkiego podowiadywać (wtedy chyba też zaczynała swój nocny dyżur) i przyszła do nas ze spokojem i wieściami o spadającej bilirubinie. Ja jej na to, że dziś rano mówiono mi coś o transfuzji wymiennej, na co ona się zdziwiła: jaka transfuzja?
Powiedziała, że nie dzieje się nic złego, że będzie dobrze, tylko Majka jest jeszcze słaba, musi nabrać krzepy! Była taka kochana.. ukoiła moje nerwy, strach, emocje. Poszła jeszcze z nami na oddział i pozwoliła Karolci zostawić obrazek namalowany specjalnie dla siostry, który umieściliśmy przy ścianie  jej szklanego domku. To tylko żółtaczka... tylko żółtaczka...

sobota, 4 lipca 2015

książkowo

"Pokaż mi swoje książki a powiem ci kim jesteś"- powiedziała kiedyś Ewcia w odwiedzinach u nas, przyglądając się mojej kolekcji przewodników beskidzkich. Dziś dwie ostatnie pozycje mojej skromnej biblioteczki też pewnie wiele by powiedziały: "Magia sprzątania" i "Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały.Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły":) Bynajmniej nie mówią one o moich pasjach  ale raczej o sferach, w których chcę sobie pomóc. A więc jednak kura domowa;)
Sprzątanie. No cóż.. odkryłam jedną ważną prawdę: że w każdym miejscu mojego domu, w każdej szafce, szufladzie, koszyczku, pudełeczku.. jest połowę rzeczy za dużo! Których nie używamy, nie lubimy, nie są nam potrzebne. A są, bo przecież "kiedyś mogą się przydać, prawda?" Kiedy małymi krokami się ich pozbywam, zyskuję przestrzeń.. otwiera się także mój umysł, jakbym i ze swojej głowy pozbywała się zbędnych rzeczy. Zapragnęłam więc każde z tych miejsc odgracić. Także ostatnio nic tylko wyrzucam:)
"Jak mówić, żeby... " Słyszałam o tej książce już na kursie przedmałżeńskim i jakoś ostatnio postanowiłam ją zakupić, przy okazji moich przedszkolnych perypetii. Nie lubię czytać poradników, muszę przyznać, ale po pierwszym rozdziale tej książki na prawdę wiele się dowiedziałam o sobie i dziecku, już nawet sam tytuł natchnął mnie do uważniejszego słuchania i zastanawiania się nad tym co mówię. Kiedyś wracając z przedszkola Karolka mówi: - Tereska powiedziała, że mnie nie lubi.
Co byście odpowiedziały??? Tylko nie myślcie za długo:)

sobota, 27 czerwca 2015

w kolorze yellow

Jeden ujemny punkt Apgar dostała Maja za kolor skóry. Miała ciemną karnację, jak wszystkie moje dzieci po urodzeniu, dlatego się tym nie przejęłam. Bodajże w drugim dniu po jej urodzeniu pani doktor neonatolog, która była przy jej narodzinach, znowu miała dyżur. Robiła wszystko, żeby wreszcie Majka mogła "zjechać" do mnie na parter. Żeby mogła być już przy mnie. Czekaliśmy tylko na wyniki badań gdzieś do południa, ale pani dr była prawie pewna, i tak też mnie nastawiała, że dostanę już zaraz swój Skarb. Z niecierpliwością zapukałam do dyżurki lekarskiej, pani doktor powiedziała, że już Majka będzie schodzić.
- a jak ta bilirubina- spytałam
- a.. no tak, już zaraz sprawdzę.
Zeszłam do pokoju i czekałam na Maję.
A potem okazało się, że bilirubina duża, rośnie. Od razu inkubator i lampy. Choć to przeczuwałam, bo Majka żółkła, to jednak wciąż miałam nadzieję, że to ta jej ciemna karnacja i jakoś odganiałam tą myśl.
Siedziałam na skraju szpitalnego łóżka załamana, ze złamaną nadzieją. Ogromnie liczyłam już na naszą bliskość i tak bardzo się na to nastawiłam, że wielkim ciężarem okazał się ten zawód. Moje emocje zaczęły swój taniec..

czwartek, 25 czerwca 2015

laktacyjne początki

Miałam mnóstwo zapału w tych pierwszych dniach. Wiedziałam jak to się robi, byłam przygotowana na to, że mnie to czeka i wszystko robiłam tak jak trzeba. Popłynęła siara, potem było mniej, ale nie zrażałam się, bo wiedziałam, że początki są trudne. Poza tym przystawiałam Majkę do piersi jak tylko mogłam. Byłam pełna wiary w laktacyjny sukces, mimo, że Majka swoją przygodę z jedzeniem zaczęła od butelki.
W systemie oddziału odnalazłam się wyśmienicie. Muszę przyznać, że pod względem udogodnień dla mam odciągających pokarm oddział zmienił się nie do poznania. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że teraz jest tam wszystko czego nam potrzeba: jest osobny pokój dla 5 mam wcześniaków z kuchnią i całym potrzebnym sprzętem(oczywiście tym razem się tam nie znalazłam, ale próbowałam sobie wyobrazić jak wiele by dla mnie znaczyło być w pokoju z innymi mamami w podobnej sytuacji wtedy, gdy urodziła się Karola), na każdym piętrze był taki kuchenny segment, z mikrofalą, zlewem i specjalnym płynem do mycia laktatorów i butelek, z czajnikiem elektrycznym. Każda mama w potrzebie dostawała torebkę do sterylizacji w mikrofali i szpitalny laktator, jeśli nie dysponowała od razu swoim. Na piętrze były trzy nowoczesne maszyny - laktatory elektryczne, do których się podłączało ten wymienny sprzęcik i laktator hulał sam, w dodatku ze zmienną siłą ssącą na początku i po jakimś już czasie odciągania(podobnie do tego jak ssie dziecko). Maszynki były lekkie, na kółkach, i chodziły bardzo cicho(niebo a ziemia w porównaniu do tej niebieskiej sprzed trzech lat). Na oddziale wcześniaków, na górze, funkcjonował specjalny pokój laktacyjny, z tym wszystkim o czym pisałam wyżej, z ubikacją, fotelami, stolikiem, z segregatorem pełnym ciekawych artykułów i z okienkiem do pań dietetyczek (ach jakże zrobiło mi się tęskno do mojego "kamiennego kręgu"!). Cały ten laktacyjny świat działał według mnie perfekcyjnie.
Ja znowu w roli eksperta. Dziewczyny zaskoczone sytuacją, widząc że mam już doświadczenie, pytały mnie o to wszystko. Także w roli konsultantki laktacyjnej przy mamie z dzieckiem okazało się, że mogę pomóc.
Tym razem miałam dużą pewność siebie. Pewność, że poradzę sobie bez problemu i z karmieniem i z dzieckiem.

wtorek, 23 czerwca 2015

tatusiowe

Czy jestem zazdrosna?
Czy mogę z czystym sumieniem napisać: nie!? Różne uczucia się w sercu pojawiają. Więc gdy ona wybiera tatę i chce tylko z tatą,  mi odmawia posłuszeństwa - jemu nie, gdy to tata dostaje największe czułostki i za tatusia dziękuję Panu Jezusowi w pierwszej kolejności, a tej Drugiej pierwsze słowo to "tata" a do kolejnego wcale jej nie śpieszno... największą pokusą jest wtedy zazdrość.
Dobrze, że nie pozwalam sobie na tym uczuciu pozostać.
Przecież ja je kocham.. i moim największym celem i zadaniem jest otoczyć je miłością i nauczyć kochać.
Największą dla mnie radością jest to, gdy patrzę na ich miłość, która idzie dalej, nie zatrzymuje się na mnie. Nie wolno mi zatrzymywać jej dla siebie, nie wolno!
Gdy pojawia się ta pokusa, szybko zamieniam ją w miłe słowo: ale pięknie razem wyglądacie, ach jak ty kochasz tego tatusia, ach jaki ten Wasz tatuś jest kochany.
Jest kochany!Bardzo.
Moje córki mają wspaniałego tatę!


czwartek, 18 czerwca 2015

Majka w łóżeczku


Trochę potrwało zanim znalazłam się na sali oddziału poporodowego. Trafiłam na parter, ze mną w pokoju była pani w zaawansowanej ciąży (trzydziesty któryś tydzień), której dziecko miało wadę nerek i miała wkrótce mieć cesarskie cięcie. Obok niej pani po porodzie z dzieckiem u swego boku.
Tej nocy miałam zasnąć jak kamień, taka byłam wykończona. Nie wyobrażałam sobie nawet, że mogłabym odciągać pokarm, zabrać się za to już. Wcześniejsza noc nieprzespana, potem dzień pełen wrażeń, poród.. no nie było szans. Pozwoliłam sobie odpocząć i postanowiłam zabrać się za odciąganie z samego rana.
Mąż oczywiście był u Majki wieczorem. Przesłał mi jej pierwsze zdjęcie w czerwonym kocyku..



Pobudka była taka ekscytująca.Co to jest za dzień, co za pobudka.. moje dziecko jest już na świecie! Nie mogłam się doczekać pójścia na górę, do Majeczki.
Maja trafiła na oddział, który wcześniej (a o tym w książce) zwykłam nazywać "przedszkolem", czyli oddział patologii noworodka. Już po chwili zostaliśmy rozpoznani, nieśmiałe pytanie "skąd ja panią znam?" padało z ust niejednej pielęgniarki. Przedstawiliśmy się i przypomnieli historię Karolki. Ja oczywiście pamiętałam twarze większości pań. Z ogromną siłą uderzyły wspomnienia. Każdym zmysłem czułam się jak wtedy... te zapachy, dźwięki, obrazy.. te same przedmioty i czynności, te same odczucia. Oddział. Życie oddziału.
Maja była położona w łóżeczku, blisko wyjścia:) Sam ten fakt był dla mnie ogromnie pozytywny, bo ja znałam znaczenie każdej rzeczy. Łóżeczko znaczyło, że wszystko jest w porządku, że pięknie oddycha, je.. i tak dalej. Znaczyło też, że mogę do woli się nią zajmować, nosić, przystawiać.. Że jest moja, choć nie ze mną na sali. Bez murów inkubatora było cudownie.
I taki był ten nasz pierwszy dzień. Byłam u niej jak tylko mogłam, byliśmy razem, tuliłam, przystawiałam i karmiłam też z butelki. Wszystko to między odciąganiami pokarmu, czym zajęłam się z ogromną gorliwością z samego rana. Nastawiona całą swoją mocą na naturalne karmienie, chciałam rozbudzić laktację. Z moją wiedzą na ten temat mogłam bardzo szybko zacząć działać.

niedziela, 14 czerwca 2015

urodzinowe wzruszenie

Ciągle tylko piszę o wzruszeniach. Ciągle się na tym łapię. Wzruszam się na widok moich dzieci codziennie.. no może nie codziennie wzruszam, ale codziennie zachwycam - to na pewno!
Dziś widok mojej czterolatki: dwa kucyki skręcające się w loczki u dołu, na głowie pstrokaty kapelusik. Różowa sukienka. Jedzie na rowerku, który przed chwilą dostała na urodziny, ostro pedałuje, choć robi to chyba pierwszy raz w życiu (wcześniej miała rowerek biegowy). Jej twarz tryska radością i dumą.
Wyglądała po prostu przepięknie!
Maja mówi tata. Dziś huśtała się w niebieskiej sukience z podobną radością w oczach, mimo, że huśta się codziennie - uwielbia to. Wydaje się być nigdy nieznudzona.
Uwielbiam je!!
Wybaczcie mi tego nudnego posta, kiedyś na pewno napiszę też o tym jak mnie wkurzają;), ale dziś w dzień świętowania ich urodzin, mimo zmęczenia nie mogłam sobie odmówić wyrażenia mojego zachwytu i wzruszenia. Tyle, dobranoc.


wtorek, 9 czerwca 2015

sonda

Taka sytuacja:
Wyjeżdżamy na "długi weekend". W drodze dzwonię do teściowej po prośbie: żeby podeszła do nas w czasie naszej nieobecności i zobaczyła, czy nie trzeba się zmierzyć z kolejną inwazją latających mrówek (czyli żeby weszła do kuchni i zobaczyła czy ich tam nie ma, czy skutecznie je wytępiłam).
Wracamy. Abstrahując od tego, że mrówek nie było, moja lodówka przeżyła odwiedziny  teściowej. Od razu to widzę. Zrobiła parę dobrych poprawek, które ja w pospiechu przed wyjazdem przeoczyłam: przełożyła chleb z chlebaka do lodówki, szynkę włożyła do zamrażalnika, starawy twarożek wyrzuciła itp.
Pytanie do Was.
Czy teściowa postąpiła dobrze? Jak uważacie? Byłybyście wdzięczne czy wkurzone?


Ps. Dziękuję katolickamama.pl za recenzję!

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Cud tej chwili

To było prawie dokładnie rok temu, szóstego czerwca. Najpierw musiała ją zobaczyć p. Neonatolog. Oczywiście rozpoznałam ją. Chyba wszystkich, a raczej większość lekarzy z góry (z oddziału wcześniaków) znam lub kojarzę. Ta pani doktor znała też nas, bo zajmowała się Karolką prywatnie parę razy gdy wyszła ze szpitala. Śledziłam każdy jej ruch. Dopatrywałam się każdego ruchu mojej córeczki. Płakała.. :) Obejrzała Majcie dokładnie i zastanawiała się czy nie zostawić jej przy mamie. Nie przypuszczałam w ogóle, że jest taka możliwość, w końcu jakby nie było Maja urodziła się miesiąc za wcześnie. Rozbudziła we mnie nieznaną tęsknotę i wielkie pragnienie, by mogło tak być.. znowu tak normalnie... Jednak ostatecznie coś wzbudziło jej wątpliwość, nawet dobrze nie pamiętam co, chyba jakiś mały jeden bezdech? W każdym razie zdecydowała, żeby zabrać ją na górę na chwilę, na obserwacje. Szkoda.. Tak bardzo szkoda...

A potem nastała ta chwila - najcudowniejsza i najkochańsza na świecie. Dostałam moje dzieciątko w objęcia.. Najczulszy moment na świecie.. Całe serce aż wyskakuje, chce się wykrzyczeć tą radość, ten zachwyt, chce się otulić ramionami to dzieciątko jak łonem, chce się krzyczeć do Boga: STWÓRCO jesteś n i e s a m o w i t y !!! A dla niej maleńkiej miałam tylko parę słów przywitania, szeptałam je czule. I nie mogłam się nadziwić nad nią. Miała oczywiście bujną czarną czuprynkę, jak wszystkie moje córy, a buźkę jak bułeczka. Wyobrażałam ją sobie zupełnie inaczej. A więc Ty jesteś Maja.. Kim jesteś moja kochana.. To największe szczęście na ziemi, że mogę Cię poznać.

Dziękuję Ci Panie, że dałeś mi doświadczyć cudu życia też tu na ziemi, że nauczyłeś mnie podziwiać Życie w tym szerokim wymiarze, szerszym niż ziemia. Że stworzyłeś nas rodzicami Twoich dzieci, tych niebieskich dwóch(?) maleństw i Emilki oraz Karolinki i Majki.

Z bólem serca oddałam ją w ręce lekarzy..

czwartek, 28 maja 2015

ból rodzenia

  Siedzę przed pustym szablonem i nie wiem od czego zacząć. Całe to moje blogopisanie w drugim wydaniu ma swoją kulminację właśnie tutaj - dzień narodzin Mai, dzień kolejnego cudu w moim życiu. Dobrze, że opisywanie tego wydarzenia zbiega się w czasie... (no z lekkim opóźnieniem:))  z Dniem Matki, bo mam rozpalone serce, w sam raz na taki temat:) No ale dosyć tych wstępów, już Wam piszę jak to było.

  Z porodówki przeniesiono mnie na oddział, jak już pisałam, do sali dla pań oczekujących na poród. Wcześniej, będąc w szpitalu i obserwując organizację pracy oddziału, zawsze z utęsknieniem myślałam o tych salach.. Wreszcie tu byłam... Obok mnie pani, która - z tego co pamiętam - czekała na skurcze już po terminie. Wszystko było idealnie tak jak to zawsze jest: skurcze regularne, coraz częstsze, coraz mocniejsze, a ja przyłączona do ktg regularnie zwijałam się z bólu...cudownie! Nie wiem czy zdołam opisać tą radość z bólem na pierwszym planie.. czułam się wreszcie jedną z.., czułam się wreszcie normalna, czułam się bezpieczna, czułam się szczęśliwa, czułam się jakby wynagradzana....czułam, że to wreszcie jest mój czas, czułam, że dla mnie jest każda chwila... Bolało mnie straszliwie, coraz bardziej, a ja miałam w sobie taką radość.. to była moja siła... Oczywiście narzekałam, mówiłam, że już nie mogę, że nie dam rady.. ale w środku myślałam.. jakie to fantastyczne, niesamowite, cudowne.. ja rodzę! Ja rodzę ze spokojem, jestem właśnie w tych chwilach najbardziej kobietą, ból rodzenia mnie uszlachetniał.. Do tego wszystkiego w ogrodzie botanicznym był koncert saksofonowy.. naprawdę dawali czadu.. To było dla mnie! Naprawdę! Jak fanfary, jak nagroda.. czułam się tak jakby to sam Bóg zamówił dla mnie tą muzykę na ten niezwykły czas.. uwieńczenie wszystkich trudów z jakimi przyszło mi się zmagać na drodze do nowego ŻYCIA !!, uwieńczenie mojej tęsknoty za tą chwilą..

 Mąż siedział obok mnie z zegarkiem w ręku, zapisywaliśmy częstotliwość skurczów. Pamiętam, że powiedziałam mu wtedy, że czuję się bardzo słaba (fizycznie), bo te kroplówki rozkurczowe bardzo mnie osłabiły, i nie wiem czy fizycznie dam radę - to była moja jedyna wątpliwość. Mój mąż powiedział wtedy zdanie, które powtórzyłabym każdej, bojącej się porodu, kobiecie: ale masz w sobie wewnętrzną siłę i z pewnością dasz radę. Tak, miałam ją, on miał 100% racji. Kobieta ma w sobie taką siłę niezłomną.. coś niesamowitego. Dyżur miała wspaniała położna, zajmowała się mną bardzo troskliwie i przewiozła na znaną mi już porodówkę, gdy skurcze powtarzały się co 3 minuty bodajże. Była godzina osiemnasta.
Tu położna, widząc mnie, zareagowała głębokim westchnieniem, bo właśnie schodziła ze swojej zmiany, umęczona. Położyła mnie na łóżku, skurcze były już bardzo silne. Jeszcze chciałam koniecznie do toalety, pozwoliła mi chociaż uważała, że i tak się nie załatwię, bardzo często tak jest. Gdy byłam w ubikacji zapytała który to mój poród, a jak jej powiedziałam, że trzeci (myślała, że pierwszy) to kazała mi wracać czym prędzej, żebym tam nie urodziła:) Potem dała mi jakiś gaz ogłupiający i kazała wciskać guziczek, jak będę czuła bóle parte i wyszła. Nie na długo. Przywołałam ją dosłownie po chwili, bo po pierwsze ów gaz sprawił, że zakręciło mi się w głowie a po drugie poczułam już bóle parte. Nie miałam już naprawdę siły, krzyczałam, poród zaczął się na dobre a wszystko działo się bardzo szybko i bardzo boleśnie, mąż nawet nie zdążył wejść. Byłam przekonana, że kolejnego parcia już nie wytrzymam. I wtedy na świat przyszła nasza kochana Majcia... Godzina 18:35, 2710 gramów, 8 w skali Apgar. Tyle na dziś, a ciąg dalszy już niedługo...  


niedziela, 24 maja 2015

a jednak

Mąż się trochę uspokoił, chyba miał nadzieję, że to jeszcze nie teraz, chciał się lepiej przygotować i być w lepszej formie. Został więc na razie w domu z Karolą a przyjechał gdzieś koło 15-tej. Wtedy już wiedzieliśmy, że to żaden fałszywy alarm.. skurcze wróciły i znowu zaczęły się robić coraz bardziej regularne i coraz silniejsze. O piętnastej właśnie zdecydowano, że rozwiązujemy szew. A więc jednak... ja rodzę!

środa, 20 maja 2015

fałszywy alarm?

 Wiecie jak pachnie taki ciepły świt? Rześkie powietrze. Właściwie to był jeszcze zapach nocy. Z pewnością pozostanie on w mojej pamięci jednoznacznym skojarzeniem z tamtymi chwilami. Taki zapach ciepłej nocy a potem puste korytarze kliniki, pusta poczekalnia.. ach co tu się dzieje za dnia, każdego dnia! Sama nie raz spędziłam na tych krzesłach parę godzin czekając na przyjęcie do szpitala. Teraz od razu mnie położono w poczekalni, poczekalni na lekarza dyżurnego. Wydawało mi się, że jak już mam skurcze co pięć minut, to musimy się śpieszyć, ale co ja właściwie wiedziałam o porodach... Poganiałam pielęgniarkę, bo przecież mam szew, a lekarz długo nie nadchodził. Z drugiej strony..  w końcu jestem w szpitalu, jestem bezpieczna, nie będę się przejmować. Za to przejęty był mój mąż. Gdy wyszłam wreszcie z ambulatorium i powiedziałam mu, że zabierają mnie na porodówkę, że to już nie fałszywy alarm, to wrócił do domu, żeby ogarnąć wszystko, żeby gdzieś ulokować Karolkę i do mnie wrócić, i... pierwsze co zrobił to zabrał się za pranie ubranek.. o szóstej rano:) Tymczasem mi na porodówce dano rozkurczową kroplówkę. Od razu każdemu kto wchodził przypominałam natarczywie, że mam GBS-a  - to moja obsesja-  i dano mi antybiotyk. A potem skurcze wyciszały się. Na obchodzie odłączono leki przeciwskurczowe. Powiedzieli, że właściwie na takim etapie już nie powinno się powstrzymywać porodu, żebym się nie obawiała (kochani.. obawiałabym się parę tygodni temu! teraz byłam całkowicie przygotowana). Ale skurcze ucichły.  Pożegnałam się z porodówką, bo przenosili mnie na zwykły oddział, a szkoda.. tak mi się tam podobało.. A więc jednak fałszywy alarm?

poniedziałek, 18 maja 2015

czwarta nad ranem

Nie wiedziałam co myśleć. Czy to moje zwykłe koszmary, które już nie raz powodowały, że bolał mnie brzuch? Czy powinnam reagować? Przewracałam się z boku na bok, nie mogłam zasnąć. Czułam, że dosięgam takiego napięcia nerwowego, z którego łatwo się nie uwolnię, mimo, że stosowałam wszystkie moje metody uspokajające. Gdy tabletki rozkurczowe nie pomogły, a w moim bólu odkryłam jakieś cykliczne napięcie, obudziłam męża. Zwlekałam, bo zarówno on jak i Karolka dogorywali jeszcze po ostatniej chorobie. On miał znowu anginę, ona kaszel. Była pewnie jakaś czwarta nad ranem. Nie uwierzycie, ale nie miałam spakowanej torby do szpitala. Już jakiś tydzień wstecz to chodziło za mną, przygotowałam sobie parę rzeczy, ale ostatecznie pakowałam się wtedy, w nerwach, o czwartej nad ranem. Nie wzięłam więc zbyt dużo rzeczy. Wjeżdżając na przyszpitalną ulicę wiedziałam już, że to skurcze. Zmierzone z zegarkiem, co 5 minut. Poczułam przyjemne przedporodowe podekscytowanie - uczucie jakiego wcześniej nie znałam.
To był pierwszy dzień trzydziestego szóstego tygodnia!

środa, 13 maja 2015

wyprawka

Tym razem miałam właściwie wszystko - nie tylko po Karolinie. Właściwie to po niej miałam niewiele, łóżeczko i trochę ciuszków (wózek i fotelik sprzedaliśmy). Większość dostałam po dzieciach w rodzinie, zwłaszcza po Zuzce - rówieśniczce Karolki. Tym razem byłam w ciąży sama, nikt w rodzinie się nie skusił;) Dopiero teraz, w lipcu narodzi się kuzynek (lub kuzynka), z którym pewnie Maja będzie się kiedyś bawić. Zatem wyprawka się tylko przetransportowała od siostry na wieś, oczywiście za pośrednictwem małżonka. Trochę ciuszków, tych najmniejszych, zostawiliśmy ze sobą u rodziców, żeby je przygotować.
Zaczęłam się zastanawiać co muszę mieć, żebym czuła się bezpieczna i przygotowana.
Co więc kupiłam?
Po pierwsze - części do laktatora. Mam swój wysłużony, z końcówką elektryczną lub ręczną, do którego można dokupić części, które się najbardziej zużywają. To była najważniejsza rzecz, bo przygotowywała psychicznie do odciągania pokarmu w razie jakichkolwiek trudności, ale i tak miałam cichą nadzieję, że może nie będę jej potrzebować.. ? Potem: pieluszki tetrowe, kilka flanelowych, jednorazówki, chusteczki, i kosmetyki, a właściwie jeden, płyn do kąpieli (używaliśmy oilatum). To chyba wszystko, co kupiłam w tamtym czasie. Widok i zapach tych przedmiotów kompletnie mnie rozczulił, ożywił prawie namacalnie tamte chwile. Te cudowne, słodkie chwile, dla nas takie pierwsze, takie wyczekane, pachnące maleńką, niemowlęcą Karolką.. ach co do był za cudny czas.. dotyk CUDU..
A teraźniejsza Karolka też dostała wyprawkę, a właściwie zestaw szkoleniowy. Mój małżonek wybrał dla niej lalę - bobasa, z akcesoriami. Tak się uparł na tę, konkretną, że jeździł po nią ze dwa razy (za pierwszym było jakieś zamieszanie z kodami? już nie pamiętam, ale nie miała ceny). To było coś. Karolka bardzo się przejęła tematem - szkolenie uznałam za rozpoczęte i udane. Na lali tłumaczyłam różne czynności związane z opieką nad dzidziusiem i już wtedy zaczęłam.
 Po drugiej stronie barykady, ta druga ja: miewałam nocne koszmary, często nie mogłam spać, najmniejsze dziwne symptomy sprawiały, że trudno mi było się uspokoić, wyolbrzymiałam ich nasilenie i zagrożenie.
I jeszcze jeden, zadziwiająco nowy stan ducha, który pojawił się we mnie: zmęczenie. To pytanie: ile jeszcze?, narzekanie, że już trochę mam dość.. jak większość z nas pod koniec ciąży. Nowością było dla mnie takie zmęczenie spowodowane czasem trwania ciąży, a nie zagrożeniem. I to zmęczenie sprawiało mi przyjemność -  co za paradoks - dlatego, że czyniło mnie normalną, tą jedną z wielu.
Czy ta ciąża się kiedyś skończy?Jak się skończy? Matko Boża moja z Dzieciątkiem... ile mam jeszcze wytrzymać? Co mnie czeka? Co to będzie, co to będzie?

piątek, 8 maja 2015

trochę o Wąsólu Wąsaczu

Znowu bohatersko zdał egzamin. To był dla niego trudny, nerwowy czas: ja leżałam w ciągłym zagrożeniu, Karolka często chorowała, potrzebowała dużo uwagi taty, bo mamy miała mniej. Sam także dużo chorował, miał chyba dwa razy ostrą anginę, często kłopoty ze snem. Tak pięknie się złożyło, tzn tak cudnie wspiera sam Bóg, otacza opieką rodzinę przy nadziei, że M dostał nową pracę od połowy lipca, zatem wcześniej był na wypowiedzeniu z poprzedniej. Co za tym idzie miał trochę czasu, żeby z nami być i przed i potem - fantastyczne! Przede wszystkim starał się zająć twórczo czas Karolci. Często razem wychodzili. W weekendy zabierał ją na wieś, tzn do naszego domu - była zachwycona. Sam także przygotowywał nasz dom... Wynalazłam na  starej tablicy.pl mebelki dla Karolki bardzo ładne i w dobrym stanie - świetna okazja. Wujek Piotrek zrobił Karolci piękne, drewniane łóżeczko z motywami gwiazdek i księżycem - bardzo mi zależało, żeby je wypróbowała wcześniej, żeby się nie zorientowała, że "zabieramy" jej łóżeczko dla Mai. Kupiliśmy także łóżko dla siebie. Nasze pierwsze takie małżeńskie łoże(wcześniej albo rozkładak albo materac). Zupełnie przeorganizowaliśmy sypialnie, żeby to łóżko się tam zmieściło razem z łóżeczkiem "pod ręką". Zasialiśmy przed domem trawę, wreszcie! Przeorganizowaliśmy, zasialiśmy?? Hehe.. dobre. Ja tylko sterowałam z mojego centrum dowodzenia - legowiska dziennego, a M to wszystko fizycznie wykonywał. Jeździł po mebelki, rozkręcał, skręcał, umieszczał, robił mi zdjęcia, potem całą sypialnie sam wymyślił, żeby pomieścić w jej skromnych gabarytach duże łóżko, komodę i łóżeczko. I szafkę nocną - mój kaprys. Zaczęliśmy już myśleć o urodzinach Karolki. Kupiliśmy jej zjeżdżalnię ogrodową - znowu jeżdżenie, skręcanie, ustawianie.. Dzielny ten mój mąż, oj dzielny.Ciut wyprzedzę fakty, choć w swoim czasie się rozpiszę o tym dniu.. no bo co powiedziała kochana żonka jak pierwszy raz weszła do domu...?
A czemu nie umyłeś podłogi?
Ach te żony... ;)

ps. i jeszcze dla Was "kwiatek" z dzisiejszej rozmowy Karolki z tatą.
T: Podoba Ci się moja broda?
K: Nie! Podobasz mi się bez brody. I bez tych okropnych wąsów, ty wąsólu wąsaczu :)

poniedziałek, 4 maja 2015

mój problem - moja głowa

Nie wiem, czy będę umiała napisać Wam co działo się w mojej głowie. Leżałam i leżałam, czas płynął powoli, dzień do dnia podobny, czasami moje dotychczasowe przeżycia z wielką siłą wybuchały wspomnieniami - to tak żeby nie zapomnieć o strachu. Czasem po prostu patrzyłam w jeden punkt, w bruzdę na suficie, albo w obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem, który wisi u rodziców na ścianie. Nawet bez konkretnych słów modlitwy - tylko gapiłam się wymownie.Wiosna dochodziła do mnie przez balkon, zapach i ciepło, lekki wiaterek. Potem jak było coraz cieplej często leżałam sobie na balkonie przez jakiś czas. Pewnie myślicie, że z tygodnia na tydzień robiłam się coraz spokojniejsza. Rzeczywiście, w jakiejś części mnie tak było. Niestety druga część mnie dokuczała bezlitośnie. Zaczęłam martwić się o rozwiązanie.. teraz, gdy już doczekałam w miarę bezpiecznego terminu, gdy już nie musiałam się bać tego bardzo wczesnego porodu, bardzo łatwo znalazł sobie strach nowe, wolne przestrzenie - to co nowe, co nieznane. W taki oto sposób trafiłam do szpitala z bólem brzucha - to był tylko fałszywy alarm.
Żyliśmy ciągle na granicy wytrzymałości. Nerwy napięte, takie przygotowane... Zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki. Zmęczenie psychiczne, zmęczenie sytuacją, zmęczenie cierpliwością.
Pewnego dnia w tym zmęczeniu dotarło do mnie, że to już niedługo.. Nieprawdopodobne odkrycie. Czekanie, odliczanie dni i nieustanne zmaganie z myślą, że to jeszcze tak dużo czasu - wszystko to przyczyniło się do mojego śmiesznego zdziwienia (był maj; co prawda termin miałam na 10 lipca, ale szew miałam mieć zdejmowany w połowie czerwca, w 37 tygodniu (w urodziny Karoliny:)), co najpewniej wywoła poród)
A więc mam jeszcze miesiąc czasu jak dobrze pójdzie a tu nic nie gotowe..
I tak zaczęłam myśleć o wyprawce.


piątek, 24 kwietnia 2015

kamienny krąg - odwiedziny

Umawiałyśmy się chyba dwa miesiące, no ale my już tak mamy. W końcu przyjechały do mnie dziewczyny z kamiennego kręgu.. Ada, Justyna, Ewa, z Ewą jej Hania. To było takie wzruszające spotkanie... do głębi. Ja leżałam a one siedziały wokół mnie, między nami różne podarunki. Dziewczynki, tzn Hania z Karolką, bawiły się razem a za nianie robił mój kochany maż - bardzo dobrą nianie:) Było wspaniale. Gadałyśmy jedna przez drugą. Dostałyśmy wszystkie zestaw zimowy, tzn czapki, kominy itp, dla naszych dziewczyn, ręcznie robione przez babcie Manię, którą pozdrawiam, a w którym Karolka przechodziła prawie całą zimę.
Pożegnałyśmy się cudnym i bardzo spontanicznym gestem - naszymi dłońmi na moim brzuchu...

a napisałam im potem
  • Jeszcze raz Wam bardzo dziękuje. Ciężko będzie się obudzić z myślą że to już po naszym spotkaniu. Cudownie było mieć je w planach, w zanadrzu, czekać na nie, na Was. Wiecie.. Każdy mój dzień jest prawie identyczny. Więc tym bardziej wielkie było to przeżycie:) Mama przyszła, skosztowała ciasta justynowego i powiedziała: niech wpadają częściej:)(...)
  • Dziękuję Wam że tak mnie wspieracie na każdym etapie mojej trudnej drogi. Że tak wierzycie we mnie. (...)
  • Maja dała czadu po Waszym wyjściu. Chyba obudziła ją cisza;)

sobota, 18 kwietnia 2015

brzuchol na trójkę

 Na wszystkie ciężarne ( co za określenie w ogóle;)), które spotkałam, a które miały już na koncie ponad trzydzieści tygodni, patrzyłam jak w obrazek. To był mój niedościgniony - jak do tej pory - cel, ta trójeczka na początku. Wiem, że dla większości z Was to zupełnie naturalna kolej rzeczy, nie ma się czym podniecać. Dla mnie? Co to dla mnie znaczyło?? To był tak niedościgniony cel, tak wiele razy myślałam, że on po prostu mnie nie dotyczy, że nie mam takiej "zdolności", żeby utrzymać ciąże tak wiele tygodni. Tak o sobie myślałam. Byłam ogromnie wzruszona tym faktem, że mam tą trójkę. Jakbym dostała jakąś wielką nagrodę. To stało się dla mnie symbolicznym przejściem do świata "normalności". Oto ja, mająca na koncie dwa porody z dwójką na początku, jestem w kolejno: trzydziestym pierwszym, drugim... trzecim!!! Cały czas grzecznie leżałam, choć - muszę przyznać - pozwalałam sobie na coraz więcej, na przygotowanie nieskomplikowanego posiłku, np kanapki czy makaronu z serem; rano czasem czesałam Karolinę, czasem pomagałam ubierać itp.
Trójkowy stał się także mój brzuch.. taka wielka jeszcze nie byłam. Zaczęły mnie dotyczyć różne trudności z tym związane, o których tylko słyszałam - problemy ze wstawaniem ze zbyt niskiego łóżka, niemożność zawiązania sobie butów, z ułożeniem się do snu i tak dalej. Naprawdę stawałam się wielka. Potwierdzali to ci, co przychodzili odwiedzać po jakmiś dłuższym czasie. Mówiłam do siebie pieszczotliwie: słonica:) Śmiałam się, że jak usiądę w wannie, to blokuje przepływ wody zza pleców:) No i wreszcie pozbyłam się fałdek na brzuchu:) Z tym wielkim brzucholem miałam też inne problemy: np wbijanie w niego zastrzyków - mój codzienny koszmar - stało się niemożliwe. Zostały ramiona i uda. Kiedyś pojawiła się na nim dziwna wysypka. bardzo swędziała. Poszłam do dermatologa jak zalecił mi ginekolog i: pierwszy stwierdził, że to nic groźnego, a drugi, że to był półpasiec (bo wtedy już zostały ślady). Strasznie się wystraszyłam (ciągle coś takiego stawało na mojej drodze, żeby podkręcać lęk - ciągła walka!), ale dermatolog uspokoiła, że to było tylko miejscowe, że to jakaś niegroźna postać.. nie pamiętam dokładnie, ale kazała się nie przejmować. W tym też czasie (dosyć późno jak na dzisiejsze możliwości, ale nam się nie śpieszyło) pan doktor potwierdził dokładnie, że to będzie dziewczynka. Ucieszyłam się, mąż też ( z chłopca też byśmy się bardzo ucieszyli, piszę to tylko dlatego, żeby nie było wątpliwości, że poczuliśmy zawód czy czegoś podobnego, nie). Od tego momentu intensywnie myśleliśmy nad pierwszym imieniem i za nic w świecie nie mogłam znaleźć takiego idealnego, pasującego do moich przeczuć. Myślę, że ta trudność wiązała się poniekąd z tym, że trudno mi było sobie wyobrazić jakąś inną córkę, nie Karolkę. Coś podobnego dotyczyło też samej Karolki po Emilce jeśli pamiętacie. Nie umiem tego do końca wyjaśnić, Karolina miała w sobie absolutnie wszystko, a nawet więcej niż się spodziewaliśmy. Musiałam jakoś ogarnąć myślami inną osobę i nie porównywać, nie oczekiwać podobieństwa itp. Niestety taki obraz jakoś mimowolnie powstał w mojej głowie. Nie wiem, czy też tak miałyście? Jakoś tak sobie ubzdurałam, że to będzie subtelna blondyneczka (czyli geny po mamusi;)). Ja tego nie nazywałam po imieniu,  nie wiem nawet kiedy tak się utrwaliła ta myśl.
Wracając do imion - kilkakrotnie wertowałam wszystkie dziewczęce imiona z kalendarza, spisywałam na kartce swoje typy i przedstawiałam je mężowi. Gdy stanęło na Mai jakoś tak "siadło" nam to imię, a zwłaszcza Karolce - po prostu zaczęła sama ją tak nazywać, gdy usłyszała to imię w naszych rozmowach. I chyba to mnie najbardziej przekonało, że Karolce tak ławo ono przyszło, i że nam wszystkim się podoba. Jest ciepłe. Moje największe wątpliwości? Że brzmi trochę niepoważnie dla dorosłego - ale to przecież niepoważne. Poza tym wiedziałam, że teraz tzw moda na Maje, ale.. ja osobiście nie znałam żadnej - w naszym otoczeniu rodzinnym, przyjaciół i znajomych nie było jeszcze Mai.

Karolinka bardzo często kładła rękę na moim brzuchu chcąc poczuć kopanie dzidziusia. Często sobie z nim gadała. Przykład?
 "Dzidziuś powiedział, że chce dinozaura. Niee, powiedział, że chce słonia, bo będzie na nim jeździł".

Ja: Karolka, mam w brzuszku dziewczynkę!
Karola: A ja chłopca!
:)

wtorek, 14 kwietnia 2015

kanonizacja

To był jeden z moich małych celów na drodze małych kroków - dotrwać do kanonizacji. Który to był tydzień ciąży?  29/30. Spełnienie marzeń. Przyszedł ten dzień, przygotowane moje legowisko dzienne, Niedziela Miłosierdzia, ja wgapiona w telewizor. Wszystko to co zawdzięczam naszemu Papieżowi, wszystkie nasze spotkania, moje ukochane zdjęcia - te z dziećmi, to wszystko wirowało w mojej głowie.
Mateusz trafił w punkt. Dokładnie w czasie komunii przyjechał do mnie z Panem Jezusem.. (Mateusz to ksiądz). No niesamowite. Mówił, że mnie uprzedzał w naszej ostatniej rozmowie, ale ja tego w ogóle nie przyswoiłam i to była dla mnie ogromna i najlepsza na świecie niespodzianka. Wzruszyłam się do głębi a ten dzień stał się wielkim umocnieniem. Dotknięciem miłosierdzia..
Zapragnęłam z całych sił, by ten nasz świeżutki, kochany święty objął patronatem także nasze nowe dziecię. Zaczęłam szukać imienia. Gdybyśmy spodziewali się chłopca, to byłby to Jaś - patron bezpośredni. A dla dziewczynki? Długo nad tym myślałam. Wybrałam imię Faustyna, tylko wiedziałam, że to nie będzie pierwsze imię, bo  uważam że jest zbyt dziwne (a nad pierwszym imieniem dla dziewczynki głowiliśmy się dłuuugo).

Czasem jak jadę gdzieś dalej z dziewczynkami to proszę naszych patronów o czuwanie.
I wymieniamy tak ich po kolei:
św Mario Magdaleno - módl się za nami
św Teresko od Dzieciątka Jezus,
św Janie Pawle II,
bł Tereso z Kalkuty,
bł Karolino,
św Faustyno...

na co Karolka dodała od siebie:
bogoślawiona mamo! móld się zia nami
:)))

piątek, 10 kwietnia 2015

bajka dobra na wszystko

Po mojej Karolinie widać kiedy ją coś przerasta, kiedy ma trudny czas, kiedy jest za dużo. Bunt, upór, złość. Tak jest teraz jeszcze wciąż przy wychodzeniu do przedszkola, potem w domu odreagowuje podobnie. Tak też zaczęło się dziać wtedy. Karolka pomału swoim zachowaniem zaczęła pokazywać, że to za dużo: leżąca mama, mieszkanie u babci, tęsknota za normalnością, za dużo ludzi wokoło, zbyt wiele osób stawiających jej jakieś wymagania, ale też brak konsekwencji - nikt do końca na swoim nie stawiał w imię tzw. świętego spokoju i jej dobra, bo wszyscy jej żałowali. Dostawała też wtedy dużo rzeczy, sama się do tego przyczyniałam (bo kupowałam jej malowanki, książeczki, puzzle - żebyśmy razem miały co robić) i tak dalej i tak dalej - rozpieszczanie pełną parą. Byłam tym okropnie zmęczona, dlatego, że w normalnej sytuacji wszystko robiłabym inaczej. Musiałam się zgadzać na to jak jest, bo tego wymagał od nas czas, bo to tylko tymczasowo. Sama nie stawiałam jej zbyt wiele wymagań, zresztą... i tak mnie nie słuchała. Parę razy się wkurzyłam, wstałam.. doprowadziłam do porządku.. ale potem tylko myślałam: no i  po co to? Nie dość, że wstałam, chodziłam, schylałam się, to jeszcze się denerwowałam.
Mieliśmy jednak na nią jeden niezawodny sposób, nienajlepszy pewnie, ale działał prawie zawsze - bajka.
Bajka służyła do wszystkiego: żeby dziecko zjadło, żeby wypiło lekarstwo, żeby się uspokoiło, żeby się obudziło, żeby się czymś zajęło jak musiałyśmy zostać same na chwile, żeby zrobić cokolwiek czego nie będzie chciała. Brzmi strasznie prawda? Ale kurcze no.. działało! I chyba to na tamten czas było najważniejsze. Oczywiście długo musieliśmy się tego oduczać (my, nie ona, bo to dla nas było super wygodne). Teraz Karolka przy bajce je czasem, ale tylko jeden posiłek - drugie danie - którego wiem, że by nie zjadła sama (czyli mięso), a na którym najbardziej mi zależy. Przy bajce podaję jej jeszcze jakieś niedobre lekarstwo - bardzo rzadko. Czasem wciąż bajka służy do poprawy humoru.
Nie ogląda teraz dużo, ale bajka ma jeszcze jeden zasadniczy cel - rozbudzanie wyobraźni. Jak jej puściłam kiedyś "Zakochanego kundla" ( z tym, że trochę przyśpieszałam, żeby jej się zbyt nie dłużyło) - potem cała jej zabawa to była fabuła jak z filmu. Podobnie było ze słonikiem Dumbo. Ona tworzy zabawę.

W kwietniu tamtego roku Karolka znowu poważnie zachorowała. Na początku nic nie zapowiadało, że aż tak poważnie - zwykły katar i kaszel. Mimo to zamówiliśmy wizytę domową, po której wszystko miało być cacy. Nie było. Potem u kolejnego lekarza, chyba w przychodni dostała antybiotyk i sterydy (inhalacje pulmicortem). No to ja znowu bałam się, że przesadzili. Podaliśmy jej antybiotyk, ale wiecie jak ja się z tym czułam...? Trzeci antybiotyk? Nadal się nie polepszało. Karolka kaszlała straszliwie. Aż w końcu pewnej nocy jej kaszel osiągnął apogeum. Kaszlała całą noc, dusiła się, szczekała. Miała taki atak, że  w ogóle nie mogła przestać. M ją nosił na rękach i tylko zastanawialiśmy się czy to już jechać do szpitala, czy jeszcze zaczekać chwilę. Pamiętam, że widziałam na filmie kiedyś jak dziecko z atakiem kaszlu krtaniowego owinięto w koc i przystawiono do okna, do świeżego powietrza. Mój mąż chyba myślał, że zwariowałam, jak mu to zaproponowałam tamtej nocy, ale z bezsilności postanowił spróbować. Pomogło. Pomogło na chwilę, naprawdę. Z samego rana zadzwoniliśmy do jeszcze jednego lekarza - do pediatry o którym słyszeliśmy dużo dobrego, do którego namiar miałam od siostry. Przez telefon pokierował nas, co mamy robić. Zlecił inhalacje pulmicortem, większą dawką na początku, w stanie tak ostrego ataku. Potem zmienił lek na nie-steryd i od tamtej pory w sytuacjach kaszlowych, które Karolce wciąż się odnawiają, radzimy sobie inhalacjami. Jak się pewnie domyślacie, zrobienie inhalacji było możliwe tylko dzięki...  bajce:)

Nasze ulubione:
Świnka Peppa, Kajtuś, Franklin, Luluś, Mały Miś, Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham, Dora, Kaczor Donald, Myszka Miki, Miś Uszatek, Bolek i Lolek, Kot Filemon, Kubuś Puchatek.

wtorek, 7 kwietnia 2015

poświątecznie

Nic nie pisałam. Czas świąteczny i przedświąteczny jest dla mnie bardzo intensywny - istna gra żywiołów..
Ten pierwszy - żywioł przygotowań. Wszystko na raz. Wszystkiego dużo. Idealna organizacja czasu, mobilizacja sił, żeby wszystko ogarnąć, żeby poza sprzątaniem i gotowaniem być jeszcze w wielu miejscach i wielu funkcjach. By spędzać czas (którego nie ma) z bliskimi, by pokazać dzieciom piękno świąt, tradycji, by jakoś wytłumaczyć czterolatkowi ich sens. Żywioł mama. 
Drugi?
Żywioł wszystkich wydarzeń w kościele. Każde niesie ze sobą tyle uczuć.. Miłość niepojęta, uniżona do stóp tuż obok zdrady; strach co wychodzi krwią wraz z potem razem z samotnością i znowu - miłość wbrew wszystkiemu; żołnierze - emocje jak na wojnie, cierpienie i ból nie do zrozumienia dla nas.. i wzruszenie, bo On wstaje.. podnosi się.. Cisza śmierci, płacz matki..Nicość, rozczarowanie.. A potem już zupełnie niepojęte wydarzenie Zmartwychwstania, niedowierzanie tuż obok odrodzonej nadziei.. radość. Ten żywioł zamknięty w murach świątyni wypełnionej światłem i ludźmi. W świecie makro dzieją się te wszystkie wielkie rzeczy, dzieje się liturgia do której chce się zbliżyć serce, do której chce się wysilić. W świecie mikro - to jakiś zakątek gdzie znajduję sobie dogodne miejsce, żeby coś widzieć a mimo wszystko zaszyć się w kąt. W świecie mikro bardzo lubię ten moment sobotni, gdy światło rozchodzi się po ludziach, gdy przekazują je sobie od świecy do świecy i na chwilkę z obcą osobą ta chwila światła staje się wspólna. W świecie mikro pan za mną przysypiał, głowa leciała mu tak śmiesznie.. ale potem ten sam pan zmobilizował pana na ławce przed nim, żeby się przesunął i zrobił mi miejsce. Od tamtej pory ten pan i ja byliśmy kumplami, na znak pokoju wymieniliśmy wielkie uśmiechy, a że ja siedziałam teraz przed nim to tylko słyszałam, jak co jakiś czas próbował udawanym kaszlem usprawiedliwić się z chrapania:)
I jeszcze jeden żywioł.
To ludzie. To spotkania. To rozmowy. To wszystko skupione w tych dwóch dniach, ściśnięte, żeby ogarnąć jak najwięcej tych twarzy, rozmów, spotkań... To najbliżsi, to dalsza rodzina dawno nie widziana, rozmowy też o ludziach. Żywioł. W tym wszystkim dzieci. Ich zabawy, wrzaski i piski, usmarowane słodyczami buzie, bo teraz wolno.Żywioł junior to dopiero jest żywioł:)
Karolka zadawała wiele pytań. Uczestniczyłyśmy w tych wydarzeniach w dzień, zabierałam ją do kościoła na adoracje, na drogę krzyżową, w liturgii triduum uczestniczyliśmy bez dzieci, wymieniając się.I były takie dwa wzruszające, cudne momenty, które w czystości jej dziecięctwa pokazały czystość i prostotę jej przeżyć (poza nimi było normalnie - kościółkowy urwis). Jak wróciłyśmy z adoracji w piątek (Pan Jezus był w więzieniu) była taka zatroskana, w domu zaczęła śpiewać : Lulajże Jezuniu...
W sobotę przyszedł do nas dziadziuś.
 - Karolka opowiedz dziadziusiowi gdzie dzisiaj byliśmy (byłam pewna, że zacznie opowiadać o koszyczku i święceniu)
 - Byliśmy u Pana Jezusa, odwiedzamy Go teraz codziennie...
Po świętach. Po wybuchu żywiołów nastaje spokój i zostaje refleksja i pytanie: ile z tego zostaje i co dalej. Triduum tętni życiem, bo triduum to życie. To są nasze emocje, sytuacje i wybory. Ileż Wielkich Piątków mamy już za sobą, ile przeżywamy, ile śmierci już znieśliśmy, ile umarliśmy? I chyba chodzi tylko o to, żeby na śmierci się nie zatrzymać. Żeby z naszych śmierci zmartwychwstawać. Wciąż i ciągle od nowa. 

niedziela, 29 marca 2015

o cierpieniu według..

Pamiętacie napisałam Wam, że jedną z książek, którą czytałam rok temu, leżąc w ciąży z Mają, była dokładnie: "Józef Tichner, myślenie według miłości. Ostatnie słowa" Tomasza Ponikło. Znalazłam gdzieś opis tej książki (w skrócie: filozofia cierpienia) i bardzo mnie zainteresowała. 
Spytacie może: czemu sobie to robiłam? Po co czytałam takie "smutne" treści? Dziwne, ale tego własnie potrzebowałam. Może dlatego, że wciąż wiele pytań o tym, co przeżyłam wracało bez odpowiedzi. Może dlatego, że zastanawiałam się, czy ja cierpiałam "poprawnie"? W każdym razie nie zawiodłam się, bo znalazłam w niej wiele cennych treści a ten post pewnie ładnie wpisze się w początek Wielkiego Tygodnia.

Oto moje podkreślenia:

"Tichner wprowadza pojęcie nadziei (...). Przedstawia je tu jako siłę, która "uzdalnia" człowieka do przekraczania siebie. Siła ta tkwi we wnętrzu osoby. Nadzieja rośnie w człowieku proporcjonalnie do prób, które on przechodził."

"Człowiek może wybrać sposób bycia "według wdzięczności" lub "według pretensjonalności". Tischner wskazuje na ten pierwszy. Wyjaśnia, że wdzięczność to "dawanie świadectwa temu, że człowiek całkowicie bez własnych zasług otrzymał dobro, które go zbudowało". Co więcej, nic tak nie buduje człowieka jak wdzięczność. ktoś, kto żyje według wdzięczności, jest w swoim wnętrzu jasny, jasnością promieniuje wokół - swoim istnieniem głosząc "chwałę życia". Tischner cytuje filozofa Henriego Bergsona: wdzięczność to wdzięk duszy. A wdzięk pociąga."

Moje ulubione:

"Choroba [czy jakby to nazwać inaczej: cierpienie, kryzys itp]  wiąże się też z lękiem. Tischner proponuje, by na ten lęk odpowiedzieć męstwem. Męstwo w obliczu lęku nie polega na jego unicestwieniu, ale na jego opanowaniu. Zaś lęk opanowany przestaje decydować o życiu człowieka, choć z życia nie znika (...)
Każda ufność, dziecka i starca, "jeżeli tylko chce pozostać ufnością, musi być otwarta na nieograniczone możliwości życia. Gdy pozornie nic nie jest możliwe, być może wszystko jest możliwe". Bo życie jest pełne mocy - przekonuje Tischner - i ból życia może także służyć życiu.
Tischner podsumowuje: choroba niespodziewanie przychodzi do człowieka z zewnątrz i pobudza człowieka wewnętrznego. Człowiek wewnętrzny poznaje jakby Ból rodzenia, który staje się w chorobie jego udziałem, gdyż przez cierpienia choroby dochodzi do autentycznego siebie. Przychodzą pytania o sens choroby i o oblicze śmierci. Nie one jednak, ale refleksja nad tym, co jeszcze można zaoferować światu (innym ludziom) (...) powinny zaprzątać ludzką głowę w chorobie. "

"Bo tak to jest dziwnie urządzony człowiek, że po to, aby duch był mocny, ciało czasem musi słabować. A jak ciało mocne, człowiekowi się wydaje, że duszy nie ma, jest tylko ciało. I dlatego w chorobie jest zawsze trochę tej mądrości, jest trochę >>palca Bożego<< (...) żeby człowiek przypomniał sobie, że oprócz ciała ma duszę. I że ta dusza ma swoje prawa. Prawo do modlitwy, do miłości, prawo do nadziei..."

Tyle na dziś. Dobranoc

wtorek, 24 marca 2015

w szpitalu po raz drugi

Do szpitala szłam z wynikiem obciążenia glukozą, ciut powiększonym, dosłownie o pół jednostki,
ale niestety zaburzył on mój plan doskonały: przychodzę, dają zastrzyki i wychodzę. Wysłali mnie do diabetologa. Ten nakazał ostrożność z podawaniem sterydów, ewentualne drugie obciążenie, ewentualnie dieta, pomiary itd. Cały dylemat polegał na tym, że jakoś w tamtym czasie zmieniły się normy: według starych miałam cukrzycę ciążową, według nowych - nie. Zamieszanie. Raz dostawałam posiłek dla cukrzyka innym razem normalny. Postanowiono jeszcze raz obciążyć mnie glukozą, tym razem z trzema odczytami (także tym po godzinie). Cukrzyca nie wyszła.
Potem sterydy, i wreszcie do domu. Wszystko trwało tydzień. Karolka w tym czasie nie była u mnie ani raz.

sobota, 21 marca 2015

spotkanie

Uczestniczyłam dziś w niezwykłym spotkaniu. Opowiadałam swoją historię pośród wielu małżeństw o wielu drogach. Chciałam tylko podziękować, dziękuję dziewczynom, które do mnie podeszły - dołączam Was do grona kobiet za które się modlę.

piątek, 20 marca 2015

druga kartka z kalendarza

Leżenie przyniosło efekty. Okazało się, że sytuacja jest w miarę ustabilizowana, lekarz powiedział, że widać, że leżę teraz już tylko leżenie mi pozostaje, żeby jak najdłużej utrzymać dziecko w moim łonie. Półmetek. Na usg wypatrzył dziewczynkę, choć kazał się nie nastawiać, bo była ułożona nóżkami w dół i musiałby mnie gnieść po dolnym brzuchu, a to przecież niewskazane. 
Jak do tej pory wszystko zgadzało się z lekarską przepowiednią (no może z wyjątkiem szwu, który jednak nie był silniejszy od słabości mojego organizmu - niewydolnej szyjki macicy). Nie krwawiłam długo - jeśli krwawiłam, nie leżałam w szpitalu więcej, niż było to założone na początku. Przyszedł czas na drugą hospitalizację - podanie sterydów na rozrost płuc w razie przedwczesnego porodu. Miałam jeszcze tylko zrobić obciążenie glukozą. To był kwiecień, pierwszy kwiecień, a skoro kwiecień to przeczytałam list do siebie, od "mamy ze stycznia" (patrz post: kartka z kalendarza) i napisałam:

Nie zapominam. Cudownie jest myśleć o sobie w kwietniu z perspektywy stycznia,
 ale oczywiście mi mało i pierwsze co pomyślałam, to że powinnam była napisać do mamy z maja.
 27 tydzień to mało, mało mi. Czas płynie wolno!

A do "mamy z maja":

Czy już możesz być z siebie zadowolona, czy jeszcze Ci mało? Jestem mamą z kwietnia i z zazdroszczę ci mamo z maja!

wtorek, 17 marca 2015

obsesje

Jako, że to była moja piąta ciąża, wszystkie moje doświadczenia, zebrane przez lata cierpienia, przez lata "zasiedzenia się" w tematach ciąż patologicznych, przedwczesnych porodów itd, nagle ożyły i przerodziły się w całą masę obsesji. Tak bardzo pilnowałam się, żeby niczego nie przeoczyć, niczego nie zaniedbać, aż do bólu, do szaleństwa. Największą obsesją była chyba troską o higienę. Nie będę wnikać w szczegóły, ale potrafiłam się myć parę razy dziennie, miałam przeróżne mydełka, ręczniki itd itd.
Kolejną, wielką obsesją były objawy chorobowe, których doszukiwałam się co chwilę. Jeśli tylko miałam wiedzę na temat jakiejś choroby ciążowej, jakiegoś "przypadku", potem obsesyjnie doglądałam ich u siebie, chcąc oczywiście je wykluczyć. Obsesyjnie wyczekiwałam na ruchy dziecka, a potem już każdego dnia pilnowałam, by je poczuć. Pewnie nie raz obudziłam biedną Majkę, wierciłam się czy stukałam do brzucha, jak zbyt długo nie czułam jej ruchu. Obsesyjnie walczyłam z zaparciami (na szczęście w tej ciąży nie doskwierały mi tak bardzo - pomagało mielone siemię lniane). Obsesyjnie odliczałam każdy dzień.
Obsesyjnie szukałam zajęć, żeby tym obsesjom nie dać sobą zawładnąć.

wtorek, 10 marca 2015

o tym jak mama wcześniaka posyła go w świat

Moja mała księżniczka, perełeczka, słodzinka moja... mój aniołeczek, mój najkochańszy skarb. Słodziak, szkrabik ukochany. Moja myszka, pysia, moje cudowności. Moja maleńka córunia, wcześniaczek mój,  Karolinka, Karolcia, Kakusia, Karoleńka, moje szczęście i cudo moje... Ta ukochana mała istota.. Ta mała dziewczynka.. Ta moja córa wymodlona..
... w zeszły poniedziałek poszła do przedszkola...

Byłam twarda (na zewnątrz). Nie dałam po sobie poznać moich emocji. Do tematu podchodziliśmy lekko, trochę tłumacząc co ją czeka, ale nie za dużo jak wiecie (do końca nie powiedziałam jej wprost, że będzie tam bez mamy tylko opowiadałam naokoło: będą tam dzieci i pani, która się nimi opiekuję, że pani tak trochę zastępuje mamę, że trzeba jej wszystko zapytać itd..). W środku cały czas napięcie i stres, myśli rozbiegane.
Przeddzień
Siedzę przy kompie, wypełniam jeszcze jakieś papiery, zastanawiam się czy wszystko naszykowane. Dopiero teraz zauważam, że przedszkole nosi piękne imię naszego patrona, Jana Pawła II, którego kochana buzia uśmiecha się do mnie z obrazka w rogu strony. Mówi do mnie: przecież po to mnie masz! Z tą myślą, tzn z modlitwą o pomoc zasypiam i wstaję.
Dzień pierwszy
Wszystko poznajemy, ja rozmawiam z Panią przedszkolanką, Karolka się rozgląda, podobają jej się serduszka na drzwiach do toalety. Wchodzimy do sali, dzieci trochę na nią naskakują (to moja wina, niepotrzebnie przedstawiam Karolkę głośno grupie) więc przylepia mi się do nogi, ale pani pomocnik pokazuje jej puzzle z czerwonym kapturkiem, wybiera stoliczek i siada tam z panią i kilkoma dziewczynkami, nie obracając się już za mną. Potem jest już pora śniadanka, więc dzieci ustawiają się w  pociąg, Karolka gdzieś pomiędzy cieszy się, nawet wydaje z siebie ten pisk radości, który tak uwielbiam, więc macham jej i mówię, że przyjadę po nią niedługo. Wracam w pozytywnym szoku.
Przychodzę po nią, jest smutna i ciut wystraszona stoi przy paniach, cieszy się na mój widok.
Dzień drugi
Ubieram ją w szatni, a ona pyta: mamo mogę już iść? Pozwalam jej a ona ucieka do sali. Stoję jak wryta.
Dzień trzeci
Pożegnanie w szatni podobnie, choć potem wraca do mnie i chce, żebym z nią poszła. Ja, że nie mogę. Ona trochę pochlipuje, ale ostatecznie idzie z panią. Cały dzień nie płacze a potem nie chce wracać do domu.
Czwartego dnia płacz, pisk i wrzask. W kolejne dni już tylko płacz lub płacz co jakiś czas.

Jestem twarda, wygłaszam mowy, zmieniam temat, podtrzymuje na duchu, pozwalam chwilę ponarzekać ale nie za długo, uśmiecham się gdy wchodzimy do przedszkola mimo jej mokrych policzków, pozwalam pani wydrzeć mi ją z rąk albo wyrywam jej rączkę z mojej z krótkim pożegnaniem i pocieszeniem.
A co w środku? Jestem już tak zmęczona tymi emocjami, że najchętniej już bym ją już zostawiła w domu, widok przedszkola także dla mnie jest trudny, bo kojarzy mi się z jej łzami, z błaganiem, żebym z nią została. W domu chodzę po ścianach. Wciąż wyobrażam sobie i analizuję co dzieję się w tej małej główce, bo ja tak dobrze znam jej wrażliwość..
W niedziele już od południa biegałam do toalety..
Ale oczywiście wiem, że to tak naprawdę jest dla niej bardzo twórcze, jest dobre. Wreszcie postawiona jest w sytuacjach, w których musi sobie poradzić sama, to pierwszy jej prawdziwy trud w życiu.
I miałam się poprawić, że jednak nie pierwszy, bo drugi. W końcu rok temu o tej porze wciąż była bez mamy, albo ktoś ja zabierał albo ja byłam w szpitalu. To wtedy po raz pierwszy zastanawiałam się co teraz robi moja córcia, bo zawsze wcześniej we wszystkim jej towarzyszyłam i jak miała jakiś problem to pomagałam jej go rozwiązać. A teraz nie spełniam jej oczekiwań.. nie zostaję w przedszkolu jak o to błaga, nie zostawiam jej w domu, gdy bardzo płacze, nie rozwiązuje jej problemu. Po raz pierwszy w roli rodzica niczym Boga, który wie lepiej mimo naszych próśb...