"Jak kobiety narzekają na samopoczucie po cesarce to mam ochotę im powiedzieć: poczekaj na karmienie piersią" - usłyszałam kiedyś jak mówił lekarz. Mogę powiedzieć, że po doświadczeniach z Karoliną mówiłabym o karmieniu w samych superlatywach (no może poza zastojami). Teraz wiem jaki to jest moloch do dźwignięcia. Żeby nie było, że jestem tylko romantyczką, idealistką i "matką polką" musiałam napisać jeszcze ten jeden post: karmienie piersią to oczywiście most miłości w pierwszej kolejności, ale także... w dużej mierze to krew, pot i łzy. W życiu bym nie przypuszczała, bo mało się o tym mówi. Nie można o tym mówić, bo to może zniechęcić do karmienia naturalnego, a wszyscy wiemy jakie jest ważne, wartościowe, jedyne. Będąc młodą dziewczyną wyobrażałam sobie to tak, że siedzę na werandzie mojego domu, oczywiście przed sobą mam piękny górski krajobraz, karmię w fotelu bujanym i cicho śpiewam mojej dziecinie a mój ukochany właśnie wraca ze spaceru ze starszymi dziećmi, oni machają do mnie, ja do nich...
A jak to jest naprawdę?
Najpierw pierwsze przystawienie. O jakże bliskie mi były emocje kobiet, przy których miałam okazję być w tym ważnym momencie (mimo, że u mnie ten moment nigdy nie był takim jakim powinien być, taki "od razu" i "tylko pierś"). Chcę dać Ci jeść dziecko, jak mam to zrobić? Skąd mam wiedzieć ile zjadłeś, czy cokolwiek, czy wystarczy, dlaczego cmokasz, dlaczego płaczesz? Jeju. I te skrajności: najpierw czy mam pokarm, czemu tak mało, a po paru dniach nawał. Ból, krew, bezsilność, niepewność. A do tego wszystkiego cały ten stres jest dla laktacji wrogiem numer jeden i wszyscy powtarzają jak mantrę: tylko spokojnie!
Niestety naprawdę rzetelna pomoc nie koniecznie jest na wyciągnięcie ręki.
Wszystkich trudów, które przeżyłam na swojej drodze z karmieniem Majki nie umiem wręcz ubrać w słowa. Było dużo łez i jej i moich. Trudności z przyssaniem, ze ssaniem, kryzysy laktacyjne, zastoje (takie nawet parodniowe, które musiałam sprawdzać u lekarza), przegryzione brodawki...Cała gama emocji. A to wszystko mogę tu ująć i tak jedynie w wielkim skrócie.
Z mojego doświadczenia wynika, że większość problemów bierze się z niewiedzy, zwłaszcza jeśli przeżywamy to po raz pierwszy (bo wtedy jeszcze nie mamy najcenniejszej wiedzy, którą tylko my możemy mieć - wiedzy o swoim organizmie, który krami). Telefon do kogoś kto się na tym naprawdę zna to według mnie najbardziej niezbędny instrument pomocy w jaki można się uzbroić na ten czas. Ten ktoś z pewnością nie powie Ci w kryzysie laktacyjnym: dokarm, bo pewnie już nie masz pokarmu. Tylko karm częściej, lub odciągaj po każdym karmieniu przez choćby dwa, trzy dni a zobaczysz że pokarm jest! Ten ktoś poinstruuje, że znalezienie wygodnej pozycji dla Was obojga to klucz do rozwiązania wielu problemów. To oczywiście tylko przykłady. Ja niejednokrotnie byłam w sytuacji doradcy i wiedza na jaką się natknęłam, a raczej jej brak, u początkujących mam często była szokująca.
Podsumowując: Zawsze będę robić wszystko by pomóc, bo nie przestaje być 100% zwolenniczką karmienia piersią i wiem, że SIŁA JEST KOBIETĄ, wiem na ile nas stać... na bardzo dużo!
Ale ponieważ doświadczyłam tego trudu nigdy na siłę nie przekonuję, nie za wszelką cenę. Mam w sobie dużo więcej wyrozumiałości dla mam, które mówią: nie!